Zmarł Jurek Lamorski, muzyk, kompozytor.

Jurek Lamorski, urodził się przed 62 laty w Nowej Rudzie. Zmarł w piątek 8. czerwca 2012 około godziny 11:00. Wspaniały muzyk, kompozytor – fantastyczny człowiek.

Przyjaciół i znajomych serdecznie zapraszamy

.

Odrobina biografii i prywatności Jurka, tak pisała o nim prasa przed 4, laty.....

“Muzycznie poruszam się między rynsztokiem, a salą koncertową“

Jurek Lamorski jest przepełniony muzyką, ona jest jego uczuciem, a jego uczucia są muzyką. To dzięki tej miłości, a nie tylko mistrzostwu Jurka, zawdzięczamy całą magię jego gry, która pozwala jego muzyce nas przeniknąć. To ona sprawia, że stara pieśń ludowa brzmi u Jurka tak, jakby się właśnie zrodziła dla naszej przyjemności, a nowa kompozycja sprawia wrażenie wiecznie znanej i przez wszystkich lubianej melodii.

Urodził się przed 62 laty w Nowej Rudzie i już w wieku sześciu lat zaczął naukę gry na akordeonie u Józefa Beresta, a w wieku dziesięciu lat, jako wspaniałe dziecko, zdobył wyróżnienie w konkursie muzycznym w radio Wrocław. Od tego momentu rozpoczął naukę gry także na pianinie i saksofonie altowym. Po zdaniu egzaminu dojrzałości /1969/ zdobywał doświadczenie muzyczne jeżdżąc po kraju i grając z różnymi polskimi bandami. W trzy lata później w sopockim Grand Hotelu występował już z własnym trio. Pierwszego maja 1976 za pośrednictwem PAGART-u wyjechał z Quintetem do Niemiec na pierwszy kontrakt, który dał początek następnym tournee. W latach 1978-1979 grał z "Trio Bonafides" w amerykańskich salach koncertowych i klubach jazzowych. Uczestniczył w Caribbean jazz cruises, gdzie spotykał się na jam session z Gerry Mulliganem, Clarkiem Terry, Lionelem Hamptonem, Bobem Crosby, Cabem Callowayem. Po dołączeniu do tria basisty Ernie Calabria dotarł również do Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki i do Europy.

„Skąd się tu wziąłem? – ja nigdy nie byłem turystą, uciekinierem przez zielone granice – ja zawsze byłem tu – w Niemczech - z PAGART-em. Pierwszego lutego 1982 roku przyjechaliśmy do Hamburga z Quintetem na kontrakt, który załamał się. Miałem być tutaj tylko cztery miesiące i nigdy nie planowałem, żeby tu zamieszkać. Klapa kontraktu, dała początek nowemu rozdziałowi, zaczęły napływać do mnie inne propozycje współpracy muzycznej. Od Braci Grabowskich – ówczesnych właścicieli dziewięciu prywatnych teatrów /wystawiali np.: My Fair Lady/ dostałem któregoś czerwcowego popołudnia kontrakt do „Anatewki”, którą wystawiali w Kolonii a później w Monachium. Najśmieszniejsze jest w tym to, że ja nie wiedziałem jaki to był olbrzymi projekt – nazywany u nas w Polsce „Skrzypkiem na dachu”. Do Kolonii jechałem więc na pełnym luzie i w błogiej nieświadomości myśląc, że zaangażowano mnie do jakiegoś tam małego przedstawienia – ot coś w stylu akademii. Wysiadam z pociągu radosny, patrzę, a tu plakat największego formatu reklamujący przedstawienie „Anatewka”. Zbladłem, zmroziło mnie. Jedna myśl kołatała mi się po głowie, jak ja z tego wybrnę. Manager odebrał mnie z dworca i dowiózł na miejsce. Wchodzimy do środka – gdzie słychać rozgrzewające się tenory, soprany, a ja nie wiem jeszcze co mam grać. Przychodzimy do dyrygenta Henry Barenblatta, a on pyta mnie, w jakim języku możemy rozmawiać - po niemiecku, po angielsku. Po niemiecku nie rozumiałem wówczas ani słowa, mówię więc, że po angielsku. A po polsku – pyta Barenblatt. To umiem najlepiej - odpowiedziałem. Świetnie – odparł Barenblatt i zadał mi od razu 16 ważnych solówek mówiąc: to musisz zagrać, czy chcesz czy nie chcesz, a Grabowskich możesz podać do sądu, że nie powiedzieli ci w czym będziesz grać. Dobrze, i co dalej - pytam. Niech nas Bóg ma w swojej opiece – usłyszałem w odpowiedzi. Ale wszystko się dobrze skończyło i graliśmy „Anatewkę” także w Monachium. Tak to było z Rodenskym.”

W NDR (Norddeutsche Rundfunk) zostaje zaproszony do cyklu audycji „Hafenkonzert”, a następnie bierze udział w niezliczonych produkcjach muzycznych NDR-u. W tym czasie pracuje wciąż nad własnym image jazzowym, który plasuje go na szczytach dostępnych dla tych najlepszych. Swoją pierwszą płytę pod tytułem „Magic is Lamorski” wydał w 1989 roku. Po niej powstają kolejne i .. wciąż kolejne.

„Wróciłem do Hamburga, a już w 1985 roku zostałem zaangażowany na tournee po Kanadzie jako kierownik muzyczny z niemiecką grupą. Lecieliśmy z koncertami od Montrealu po Vancouver grając w wielu salach od ludowych klimatów po operetkę dla tamtejszych Niemców i był z nami Thomas Arzberger, który w moim życiu odegrał ważną rolę. Po tournee pobiegł bowiem do redaktora muzycznego rozgłośni NDR w Hamburgu, Horsta Trinkwalda załatwić sobie pracę. Przybiegł do niego i opowiada mu, że uhu hu i hu i hu, że tournee, że Kanada …Montreal, Toronto …. A Trinkwald mówi ok, ale z kim, przecież ktoś musiał z wami grać. I Arzberger był przekonany, że ja tu mam nazwisko i mówi tak – co tu będziemy dużo gadać, ja tylko powiem kto był kierownikiem muzycznym - Jurek Lamorski. A Horst mówi - a kto to jest, ja tu znam wszystkich asów, ale o nim nie słyszałem. Dał mu wizytówkę i kazał mi przyjść.

Poszedłem. Siadam. Przyniosłem ze sobą kasetę z nagraniami – gdzie gram na fortepianie. On mówi, nie jest źle, ale ty podobno grasz na akordeonie. To jak ty grasz na tym akordeonie? Odpowiedziałem wówczas - Ja jeszcze u was Niemców akordeonisty nie słyszałem. Co się wtedy zaczęło dziać. Trinkwald zdumiony, mimo mojej zuchwałości, zaproponował mi występ w audycji muzycznej: „Hafenkonzert”. Można powiedzieć, że „Hafenkonzert” to instytucja sama w sobie – to są najstarsze na żywo nadawane koncerty radiowe na świecie – od 1929 roku z tradycją i piękną historią. I Trinkwald mówi do mnie tak: słuchaj, przyjedziesz do Willkommenhaus (skąd nadawane były koncerty) i zagrasz wówczas tak, że Niemcy powiedzą, iż nie słyszeli jeszcze takiego akordeonisty. Przyjechałem ale się spóźniłem, bo nie wiedziałem, gdzie to jest. Był Trinkwald, dyrygent Klaus Achs, był Guenter Fuhlisch, który przez wiele, wiele lat miał w NDR swoją orkiestrę „G.Fuhlisch i jego soliści”…, siedzimy a Horst mówi - jak już jesteśmy, to zagraj nam tak, jak jeszcze w Niemczech nigdy nie słyszeli. Więc im zagrałem – chyba czardasza. I wtedy Fuhlisch mówi do mnie – słuchaj, ty masz na imię Jurek. Mów mi Guenter, a Trinkwald mówi do Achsa - weźmiemy go 2 albo 16 lutego jako solistę w naszym programie NDR. I zagrałem 16 lutego 1986 roku. 2 miliony słuchaczy przy odbiornikach. To był przełomowy moment w moim życiu.

„Wkrótce po tym, gdy Jurek Lamorski został kilka lat temu po raz pierwszy wymieniony w radiu przez redaktora muzycznego rozgłośni NDR w Hamburgu, Horsta Trinkwalda, bardzo szybko zorientowano się w kręgach znawców muzyki, że z tym polskim wirtuozem akordeonu to był strzał w dziesiątkę. Świat akordeonu ma teraz, obok tak znanych postaci jak Art van Damme i Hubert Deuringer, nową gwiazdę na firmamencie”

ARTIST – fachowe czasopismo muzyczne

Lamorski jest muzykiem jazzowym, pianistą, akordeonistą, kompozytorem. Podczas koncertów łączy swoją sztukę ze wszystkim, co przez kilkadziesiąt lat występowania na scenach całego świata, świadomie czy też podświadomie jego polska dusza zasymilowała. Z wielką lekkością przechodzi od lirycznych tonów słowiańskich do pełnych psoty improwizacji jazzowych. W ten sposób podczas słuchania koncertu nie powstaje żadna chwila znużenia, poziom napięcia utrzymuje się od pierwszego do ostatniego tonu.

„Pod palcami Lamorskiego wszystko staje się możliwe, z „harmonii“ wydobywa szaleństwo, melancholię, agresję, czułość, protest, smutek i radość życia”

Jedną z moich większych wygranych było spotkanie z wielkimi, mądrymi ludźmi. Oni pojawili się na mojej drodze i dane mi było czerpać z ich wiedzy. Inną z wygranych to była moja rodzina, która zaszczepili mi miłość do muzyki oraz chęć poznawania ludzi – mądrych takich jak Laub, Trinkwald, Fuhlisch, Liebermann, Mulligen, ja ich podziwiałem, nie konkurowałem z nimi.

Jako dziecko grałem „Lot trzmiela”, jeśli zagrałem porządnie, to znaczy z miłością, z sercem, a dziadka nie można było oszukać, wówczas dostawałem piątaka na ciastko.

„O czym jeszcze marzę? – chciałbym odbyć dwa tournee - jedno z Ericem Claptonem drugie z Joe Cockerem, by być częścią tego, co robią. Poza tym chciałbym rozwinąć płytę LUCKY o kameralną orkiestrę smyczkową i zagrać to przy dużej publiczności. I jeszcze jedno marzenie - wielkie marzenie – spotkać się z Włodzimierzem Nahornym. To jest mój idol od dziecka. Usłyszałem go na płycie BREAKOUT - „Na drugim brzegu tęczy” – gdzie grał na saksofonie altowym, to zmieniło mój stosunek do tego instrumentu.”

Połączenie muzycznego wirtuozostwa i prezentowanej na najwyższym poziomie emocjonalności w jednej osobowości artystycznej stało się wielką rzadkością. W przypadku Jurka Lamorskiego nikt nie musi się zastanawiać czy wolałby podziwiać jego świetną grę na fortepianie i na akordeonie czy też piękno jego kompozycji, na które wywarła wpływ słowiańska muzyka ludowa i jazz – każdy uczestnik jego koncertów zostaje po prostu porwany przez siłę i ducha tej muzyki i ulega urokowi jej interpretatora./.../ Jurek Lamorski łączy wiele muzycznych światów w jeden nowy świat – w jego świat. Zaprasza do niego swoich słuchaczy, aby z nim go dzielili – jest to tak czułe zaproszenie, że po prostu nie można go nie przyjąć.

EMI MUSIC PUBLISHING

Wydał 15 płyt autorskich, uczestniczył w nagraniach ponad 60 projektów. W 2007 roku ukazała się nowa płyta Jurka Lamorskiego LUCKY nagrana wraz z Omarem Rodriguezem Calvo (bass), Rolandem Cabezas (acoustic guitar), Pablem Escayola (percussion). Polecana między innymi w listopadowym wydaniu jazzowego magazynu nowojorskiego - także na stronie internetowej www.allaboutjazz.com/newyork - gdzie czytamy: „Świat zna trzech wielkich mistrzów akordeonu Hermeto Pascoale, Astora Piazzolla i Jurka Lamorskiego. Płyta LUCKY nie posiada słabych stron. Układ, aranżacja i mistrzowskie wykonanie to radość nie tylko dla miłośników jazzu, bowiem na płycie zawarte są różne klimaty i nastroje od bluesa, przez tango do walca.”

Zródło "Kalejdoskop" - Renata Partyka