W setną rocznicę bitwy warszawskiej 1920

 

Od wczesnych lat wychowywałam się wśród wspomnień przeszłości, opowieści o ważnych historycznych wydarzeniach, losach wybitnych Polaków, ich zasługach i zwycięstwach. Może zabrzmi to patetycznie, nieprawdziwie, bądź zgoła wyniośle, ale doprawdy takie słowa jak: honor, Ojczyzna, poświęcenie, patriotyzm były mi od dzieciństwa znajome. Miałam to szczęście, że dorastałam wśród wyjątkowych osób, a dar ciekawości przybliżał mi fakty i wydarzenia, o których nie było wzmianki nawet w szkolnych podręcznikach. I tak wspomnę tu mojego sąsiada harcmistrza Henryka Szymańskiego, który podczas wojny dowodził Tajnym Hufcem Gdyńskich Harcerzy, księdza Bernarda Sychtę z którym zetknęłam się na Uniwersytecie Gdańskim, księżnę Marię Krystynę Habsburg z którą miałam zaszczyt rozmawiać w 2009 roku w żywcu, uczestników powstania warszawskiego zamieszkałych po wojnie w Hamburgu: mecenasa Wincentego Broniwoja- Orlińskiego i Maksymiliana Pelca. Wspominam wciąż wielu nieustraszonych Kaszubów spod znaku Gryfa Pomorskiego, z którymi udało mi się spotkać. Poznałam osobiście uczestników walk o Oksywie z września 1939 roku i tych również, którzy w Gdyni walczyli o sprawiedliwą i wolną Ojczyznę w pamiętnym Grudniu 1970 roku.

Wspomniani, a i inni tej wielkości i miary, sprawili, że zainteresowałam się historią. A jeśli historia jest nauczycielką życia - jak mawiał Cicero - to przyznać trzeba, że należę do sumiennych jej uczennic. O ważnych, znaczących wydarzeniach z przeszłości, o ludziach zwłaszcza, rozmyślam coraz częściej. To upływający czas sprawia, że coraz więcej dostrzegam powiązań i konotacji pomiędzy tym co było i co jest. Jednocześnie zrozumiałam jak wielki wpływ na ma na nas - Polonię - świadomość naszej kultury i znajomość burzliwych polskich dziejów. Wiedzą, która zdobyłam przy okazji rozmaitych rozmów i podróży dzielę się z przyjaciółmi, znajomymi i młodym emigracyjnym pokoleniem Polaków. Napisałam dziesiątki artykułów o polskiej ofiarności i męstwie do polonijnej prasy. Natchnęłam do poszukiwań, dyskusji i refleksji nad istotą naszej tożsamości licznych rodaków, których spotkałam na obczyźnie. Cieszyły mnie „wspólne wędrówki” do znajomych punktów na mapie naszego dziedzictwa kulturowego i autentyczne przeżycia wśród „narodowego pamiątek kościoła.” Dzięki temu przetrwałam czas tęsknoty, a w trudnych momentach moja „polska dusza” oparła się skutecznie wszelkim przeciwnościom, troskom i niepokojom. Miejsca, daty, nazwiska stały się dla mnie kluczem do zakamarków historii, do nieodkrytych obszarów tajemnic i ciekawostek, niekiedy sensacji i zagadek. Nigdy nie były one moje własne, jedyne i niepodzielne. Obdarzałam nimi szczodrze przez wiele lat Polonię, pisząc i publikując co ciekawsze historie. Zdarzały mi się momenty szczególnie wzruszające. Kiedy w grudniu roku 2017 dowiedziałam się o tym, że na ścianie Szkoły Podstawowej im. Marka Uleryka w Dziewierzewie koło żnina została odsłonięta tablica poświęcona 11 powstańcom wielkopolskim byłam prawdziwie usatysfakcjonowana i szczerze wzruszona.

 

Uhonorowano w ten sposób mojego ojca, jego braci oraz krewnych, uczczono bohaterów i miejsce ich urodzenia. Uczestnicy wielkopolskiego powstańczego zrywu w tym i mój ojciec nie odpoczywali po zwycięstwie lat 1918-1919, lecz ruszyli dalej bronić Niepodległej przed zdziczałą hordą ze Wschodu Sto lat upływa od Bitwy Warszawskiej – bitwy, która przesądziła o zwycięstwie Polaków podczas nawały radzieckiej (1919 – 1920). Dzielni śmiałkowie tamtych lat nie żyją, ale był czas, kiedy mogli opowiadać i wspominać... Niestety, nie pozwalano. Udział w tej wojnie był potępiany i krytykowany, a wszelkie rozmowy na jej temat, wszelkie wspomnienia, nawet dygresje przez okres komunistycznego reżimu zakazane.

Ojciec mój nie mówił wiele, a jedynie przedstawiał fakty tak przerażające, że aż krew w żyłach mroziły. Widział spalone wsie i zniszczone dwory, sponiewierane zwłoki, obłąkane, młode kobiety błądzące po lasach i polach, osierocone dzieci i rozkopane grobowce. Załamywał mu się głos, gdy to opowiadał. Przerywał wątki zaskakujące i być może niczym ów zapomniany ongiś wieszcz przewidywał : ”Syn minie pismo, lecz ty spomnisz wnuku” Angielski historyk Norman Davies w przedmowie do głośnej swej książki --- „Orzeł biały, czerwona gwiazda” napisał: ” Podczas długiego pobytu w Krakowie pod koniec lat sześćdziesiątych dowiedziałem się o istnieniu „wojny bolszewickiej”; przysłuchiwałem się jak zaczarowany wspaniałym opowieściom mojego Teścia o jego przygodach sprzed półwiecza, kiedy to wojował z Armią Czerwoną Lenina. Wojna polsko- bolszewicka z 1919-1920 roku była jednak wciąż tematem zakazanym. Nie istniała w podręcznikach i w oficjalnych publikacjach ukazujących się w „obozie socjalistycznym”. Klęska Armii Czerwonej zdecydowanie przerastała wyobraźnię i wykraczała poza dyrektywy komunistycznych cenzorów; w żadnym razie nie mogła więc stanowić legalnego przedmiotu badań archiwalnych, a tym bardzie tematu pracy doktorskiej.” Jeszcze przed półwieczem mało kto przyznawał się, że ma w rodzinie bohaterów tamtych wydarzeń. Odznaczenia schowano głęboko do szuflad. Sporo lat upłynęło nim je stamtąd wydobyto, by pokazać dzieciom, wnukom, przyjaciołom. Takie precedensy możliwe jedynie w naszej historii - w kraju, który przez 123 lata był pod zaborami, a potem pod braterską kuratelą sąsiedniego mocarstwa. Przez te najtrudniejsze czasy potrafiliśmy zachować postawę dualistyczną. Wiedzieliśmy, że dwa są sposoby walki: „trzeba być lisem i lwem”, bo tak mawiali Machiavelli i Mickiewicz. Tak też mówił mój ojciec, kiedy wieczorami opowiadał niczym mickiewiczowski Wajdelota o przeszłości, o walkach pod Włocławkiem, o spaleniu mostu na Wiśle, o rozwścieczonych zagonach komkora Gaj Chana, które wszelkimi sposobami chciały przeprawić się przez rzekę na jej lewy brzeg i ruszyć dalej do polskiego morza, do Gdańska samego, a nawet dalej na Zachód. Wspominał też słynącego z odwagi gen Gustawa Orlicza Dreszera, który zginął w katastrofie lotniczej na zatoce w Orłowie, niedaleko naszego domu w 1936 roku. Podziwiał generała Józefa Hallera, który w 1920 dowodził Armią Ochotniczą i „poślubił polskie morze”. - Tylko tego nigdzie nie powtarzać, nie zdradzać i nie ujawniać - nalegał. Słuchaliśmy w ciszy, w półmroku, w obawie, że ktoś się dowie, że podsłuchują, szpiegują, przyjdą do domu obcy ludzie i pobiją, zrewidują, oplują, wyprowadzą... Setna rocznica wspomnianej bitwy warszawskiej rodzi wiele refleksji. Jakże nie opowiadać młodym, jakże nie podzielić się tymi przeżyciami, co tak zapadły w dziecięcą moją pamięć i wyobraźnię? Jak to zrobić, by zdobyli wiedzą, która ukształtuje ich charaktery? Jestem nauczycielką, jestem dziennikarką polonijną.

Któż zrobi to za mnie? Tu na obczyźnie to szczególny obowiązek i niełatwe zadanie - rozmyślałam. Nie stracić tej okazji to moja powinność.

Napisałam moim uczniom ze szkoły konsularnej o ważnej rocznicy. Zapytałam, czy mają w rodzinach bohaterów? Czy wiedzą cokolwiek o roku 1920 kiedy to doszło do krwawych starć Polaków z bolszewikami spod znaku czerwonej gwiazdy?

Odpowiedzi nadeszły błyskawicznie i wzbudziły swoisty entuzjazm. Co więcej, włączyli się do tych wypowiedzi i zadań rodzice uczniów. A ja napisałam im na wstępie: „Uczestnikami tamtych, heroicznych walk byli ludzie rozmaitych pozycji społecznych : inteligenci, ziemianie, książęta, chłopcy niewykształceni z ubogich wsi i miasteczek, studenci i duchowni, ci z Galicji, Wielkopolski, Kresów, a także z Warszawy, Krakowa, Lwowa, Wilna... - Zastanawiające, nieprawdopodobne, ale rzeczywiste, że zaangażowały się w tę wojenną batalię wielkie osobistości między innymi młody Charles de Gaulle ( był , instruktorem w składzie francuskiej misji wojskowej, liczącej czterystu oficerów, wykładowcą teorii taktyki w Rembertowie)” - napisali Państwo Krystyna i Michał W - rodzice jednej z uczennic wywodzący się właśnie z Rembertowa pod Warszawą. „W wojnie polsko - radzieckiej brała udział cała plejada polskich literatów - odpowiedzieli Artek i Roman. - „Władysław Broniewski „Orlik” zakończył ją w stopniu kapitana z czterema Krzyżami Walecznych i Srebrnym Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari. Nie jest prawdą, że podczas bitewnych zmagań wykrystalizował poglądy ideowe i dał się ponieść bolszewickiej propagandzie. Poeta w okresie międzywojennym zbliżył się do KPRP i współpracował m.in. z Kulturą Robotniczą. Prominentną figurą komunistycznego systemu stał się Broniewski po II wojnie. Jakby na to nie patrzeć, walory artystyczne większości jego utworów są niekwestionowane”. Jakże się ucieszyłam na te pierwsze reakcje moich uczniów. - Wracając myślami do bolszewickiej napaści roku 1919 wspomnijmy: Juliana Przybosia, Melchiora Wańkowicza, Adama Grzymałę- Siedleckiego, Juliusza Kadena - Bandrowskiego i wielu, wielu innych publicystów, dziennikarzy, aktorów, intelektualistów.

Nie wszyscy walczyli ochotniczo na froncie, tak jak Broniewski czy dwudziestoletni Tadeusz Dołęga – Mostowicz.

Przy okazji przypomnijmy również: Kazimierza Wierzyńskiego, Józefa Czechowicza, Józefa Czapskiego, Karola Irzykowskiego, Jana Brzechwę, Kornela Makuszyńskiego – donosiłam, wśród poleceń i zadań. „ - Stefan żeromski współpracował z Wydziałem Propagandy Armii Ochotniczej, Julian Tuwim i Jan Lechoń zatrudnieni byli w Biurze Prasowym naczelnego wodza Józefa Piłsudskiego, a Jarosław Iwaszkiewicz i Aleksander Wat pozostawali w Ostrowie Wielkopolskim, gdzie stacjonował 221 Pułk Piechoty. Janusz Korczak pełnił funkcję lekarza w Wojsku Polskim i opiekował się rannymi w warszawskich szpitalach - napisała mi Monika - Dostatecznie dzielnie spisywali się nasi w boju, więc nagradzano ich sowicie odznaczeniami i to niemal zaraz po starciach z wrogą nawałnicą - informował mnie Jarek. - Książe i prosty żołnierz, artysta i zwyczajny rzemieślnik, chłopski syn i skromny miejski pracownik jednakowo zostawali uhonorowani i doceniani. Ich wojenny trud był przykładem najwyższego patriotyzmu, zwycięstwem równym - jeśli nie wyższym, Wiedeńskiej Wiktorii. „ Stefan Żeromski w II części Przedwiośnia zatytułowanej Nawłoć zawarł lapidarny, lecz jakże sugestywny obraz wydarzeń roku 1920. Oczami głównego bohatera powieści - Cezarego Baryki – (przynależnego – jak czytamy - dowództwu gen. Sikorskiego) spojrzał na ówczesną Warszawę, okolice Radzymina, na bitewne, nadwiślańskie szlaki, którymi przemieszczały się wojska.

Zadziwiał go zapał, ta niebywała euforia z jaką podążano do walki z najeźdźcą. Dla niego samego nie była to wcale upragniona wojenna potyczka - nauczałam „ Szli wszyscy, wszyscy, wszyscy. Jak na bal, jak na zamiejską wycieczkę. Jeszcze nie widział w swym życiu takiego zjawiska jak ten entuzjazm Polaków. (...) Patrzał jak chłopcy niedorośli wylatywali spod ręki matek, i czytał w dziennikach opisy, jak po bohatersku ginęli.” – Czyż to nie był zryw godny podziwu? Jakże to imponująca narodowa solidarność -- pisała Marta . Bohaterstwo różne przybierało barwy i rozmaite znajdowało sposoby na zadanie ciosu przeciwnikowi. Jedno pewne; do boju rwali się niemal wszyscy, bo taka była powinność - kończył swoje wypracowanie Sebastian.

Wówczas napisałam im: „ Polska Ludowa, która po II wojnie „rozwinęła skrzydła” pod sowieckim reżimem potępiła uczestników tego obronnego zrywu. O heroizmie Polaków- Obrońców Niepodległej po latach Ojczyzny nie mogło już być mowy. Nakazano ich zapomnieć i wykrzesać nowe idee na potrzebę „lepszych, sprawiedliwych czasów”. Rozprawiano się z haniebną - jak mówiono - burżuazyjną i pańską polską przeszłością – jakże wrogą marksistowsko - leninowskiej ideologii. W latach osiemdziesiątych – na szczęście - powrócono do dziejów nie tak odległych. Wszak żyli jeszcze nieliczni tych wydarzeń świadkowie, również ich krewni, dla których patriotyczne rodzinne tradycje były sensem życia i symbolem narodowej tożsamości- także polskiej, rodzimej godności. Kiedy dogasała czołobitna i poddańcza przyjaźń ze wschodnim sojusznikiem, coraz głośniej stawało się o radzieckich podłych czynach z przeszłości.

Wtedy też bez zahamowań ujawniono utwory o tamtej wojennej tematyce i wspomnienia wojny polsko – bolszewickiej nareszcie ujrzały „światło dzienne.” Mój ojciec już nie żył. Nie doczekał słów uznania i nie doczekał też prawdy o tejże wojnie, ani też o Katyniu w którym zginął w 1940 jego brat Józef - nauczyciel z zawodu. Duże zainteresowanie wśród młodych ludzi - (pamiętam to z kilku lekcji zwłaszcza tych on-line - prowadziłam je w szkole konsularnej od marca) - wzbudził szkic Stefana Żeromskiego zatytułowany „Na probostwie w Wyszkowie” - Przeczytali go niemal wszyscy moi uczniowie, a mniemam, że i ich rodzice. To utwór piętnujący zdradę narodową komunistów polskich - członków Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnej Polski (Polrewkom), którzy po zajęciu Warszawy zamierzali przejąć ster władzy w kraju i zatrzymali się na kwaterze w wyszkowskiej plebani. Wspomniana publikacja była przez pół wieku (od 1930 ) z powodów cenzuralnych nieobecna w świadomości naszego społeczeństwa i tym samym wzbudzała niemałą sensację. Oto, jak opisał żeromski ucieczkę komunistów z owej plebani : „ Na odgłos strzałów rozlegających się za Bugiem, dr Julian Marchlewski, jego kolega Feliks Dzierżyński pomazany od stóp do głów krwią ludzką, i szanowany weteran socjalizmu Feliks Kohn dali drapaka z Wyszkowa. Pozostał po nich tylko wielki swąd benzyny, trochę cukru ,oraz wspomnienie dyskursów, prowadzonych przy stole i pod jabłoniami cienistego sadu. Przed wyjazdem dr Julian Marchlewski powtarzał raz wraz melancholijnie: Miałeś, chłopie, złoty róg, Miałeś chłopie czapkę z piór... Został ci się jeno sznur... Jak w wielu innych rzeczach, tak i tutaj, niedoszły władca mylił się zasadniczo. Złotego rogu Polski wcale w ręku nie trzymał. Czapka krakowska również mu nie przystoi. Jeżeli jaki strój, to już chyba okrągła, aksamitna czapeczka moskiewska obstawiona wokoło pawimi piórami prędzej mu będzie pasowała.

Tą już do końca życia nosić mu wypadnie. Nawet do biednego sznura od polskiego złotego rogu nie ma prawa ten najeźdźca. Kto na ziemię ojczystą chociażby grzeszną, złą wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, stratował, splądrował, spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł ojczyzny.” Na podstawie relacji Żeromskiego a także akt i dokumentów ( w tym spisanych wspomnień ks. Wiktora Mieczkowskiego) dziennikarze i filmowcy Lucyna Smolińska i Mieczysław Sroka opracowali w 1999 film dokumentalny – fabularyzowany „ Na plebani w Wyszkowie 1920”. Jego projekcja spotkała się z należnym zainteresowaniem i uznaniem.

Wydarzenia bitwy warszawskiej relacjonował barwnie i z swoistą dynamiką Adam Grzymała- Siedlecki. Ten młodopolski znany krytyk literacki, reżyser, dramaturg w książce „Cud Wisły” wydanej po raz pierwszy w 1921 i wznowionej po 1989 zamieścił szeroką charakterystykę obrońców naszej niepodległości. Pokazał heroizm i zacięcie bojowe wojska: -- Tak napisał mi ktoś z rodziców, bo i oni – jak mówiłam - śledzili to moje korespondencyjne nauczanie i przeżywali wagę tematu. Powróćmy raz jeszcze do „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego - przekonywałam na tych zdalnych, lekcyjnych, wielogodzinnych telefonicznych i „pandemicznych” rozmowach. - Przy całej wszechstronności podjętych w dziele problemów utwór zadziwia artyzmem, sporą przenikliwością spostrzeżeń i uwag. Pisarz nie stronił od celnych ironicznych i sarkastycznych uwag - dowodziłam. Przykładem może być ta niemal reporterska, przy tym jakże zabawna scena, przedstawiająca jeńców rosyjskich (pojmanych po bitwie warszawskiej). Obserwatorką niezwykłego ich przemarszu jest w powieści „gruba jejmość przedpraska”. Ona to na widok prowadzonych zakładników podparła się pod boki i zaczęła wygrażając pięściami krzyczeć: „ - Przyszedłeś Warszawę zdobywać śmierdziuchu moskiewski, jeden z drugim? Dawno cię tu nie widzieli mordo sobacza? Jużeś naszych zwyciężył?... Idziesz zasiadać w kucki na złotej Sali w królewskim zamku?..(...) Babsko miotało się przed szeregiem, coraz głośniej wywrzaskując: Co to za mordy astrachańskie, moje państwo kochane! Jakie to mają cylinderki morowe, ciepłe na tę porę! E – franty! A dopiero buty na nich - klasa! Jakimi to ślepkami na nas kłapią! A buzie jakie to poczciwe! Każdy jakby z dzbanuszka wylizał. A wszystko moje państwo kochane - z głodu. Przedefilowała przed kolumną jak generał idąc w stronę Radzymina – zlustrowała szeregi i znowu zawrzeszczała: żarłbyś jeden z drugim własne guziki od portek, żebyś je tak miał jak nie masz kałmuku z krzywymi ślepiami!...(... Kiszki ci się skręcaj, boś cztery dni w gębie nic nie miał. Dobrze ci tak świnio nieskrobana! Nie chodź w cudzy groch, bo to nie twój, świński ryju, tylko cudzy.”

W tym opisie rosyjskiego żołdactwa nie było przesady, - odpowiedział któryś z uczniów - ale władze Polski Ludowej nie zgadzały się z takim wizerunkiem i nie było tego fragmentu przez pewien czas w kolejnych wydaniach powieści. A przecież w książce Normana Daviesa odnajdziemy taki oto obraz umundurowania Rosjan - dodał Bartosz z III licealnej: „W teorii Armia Czerwona była przyodziana w wojłokowe burki i tatarskie czapki z gwiazdą, takie same dla żołnierzy i oficerów. W praktyce noszono wszystko, co wpadło w rękę. Babel wspomina Kozaków, którzy mieli na nogach onuce, a na głowie zdobyczne meloniki. Bardzo rozpowszechnione były mundury carskie pozbawione naszywek (...)”

Tak więc, nietrudno wyobrazić sobie zarówno scenerię, jak i „kostiumy” uczestników tego jakże tragicznego i krwawego widowiska. Ktoś napisał mi o rodzącej się na potrzebę chwili poezji. Nie była ona „najwyższych lotów”, ale trafiała do serc, zagrzewała do walki i śpiewu podczas arszów. Niekiedy zajadle przedstawiała bieg wydarzeń, czego dowodem wiersz Benedykta Hertza „Polska młócka”, zaczynający się słowami:

Zapędziły się psie juchy pod samą Warszawę, lecz im nasze bractwo dało galantną odprawę Ważną rolę spełniały także plakaty propagandowe - mówiła „na skypie „Hania pokazując karykaturalne obrazy o sugestywnej wymowie, nakłaniając byśmy się im przyjrzeli i odnaleźli je w internecie.

Rzeczywiście, na wojnie tej dochodziło do nieprzewidywalnego bestialstwa czerwonoarmistów – pouczałam ich. Tam gdzie przeszli, pozostawiali za sobą zgliszcza i porzucone ciała okrutnie pomordowanych – w tym kobiet i dzieci. Melchior Wańkowicz, który był korespondentem wojennym (odznaczony Krzyżem Walecznych) wydał w 1926 „Strzępy epopei”, a w nich ( na podstawie pamiętnika kuzynki Zofii z Wańkowiczów Romerowej ) opisał historię szpitala w Cichiniczach. Zainspirowała ona Jerzego Wójcika do realizacji w roku 1999 filmu „Wrota Europy”. Ukazywał on dramat tegoż lazaretu Polskiego Czerwonego Krzyża zorganizowanego przy 1 Dywizji Strzelców I Korpusu Polskiego. W starym dworze, w którym leczono rannych, doszło do napaści i serii bezecnych wypadków. Niezwykle przejmująca ta historia jest wyraźnym przykładem skandalicznej podłości bolszewików.

Film ten wyświetlono w rezydencji Konsula w Hamburgu i wywołał on ożywioną dyskusję zarówno młodych, jak i starszych widzów. W 2010 Jerzy Hoffman nakręcił „Bitwę warszawską,” zaś Maciej Migas przygotował dla telewizji serial „1920.

Wojna i miłość” . Wspomniane ekranizacje stały się okazją do szerszego zainteresowania naszą historią, do podróży i wycieczek po Mazowszu, Podlasiu, po bojowym szlaku zwycięzców roku 1920. Warto odwiedzić Radzymin, Ossów, Nasielsk, Modlin, Ciechanów, Serock, Płock.... - miejsca uczczone pamięcią setek poległych bohaterów, w tym śmierci księdza Ignacego Skorupki – przede wszystkim, a także - Kwaterę Wojskową na Warszawskich Powązkach - przekonywałam wielokrotnie moich uczniów i ich rodziców. Należy udać się do Wyszkowa, gdzie na pięknie zrekonstruowanej plebani, tej właśnie w której komuniści urządzili „ przedwczesną zwycięską naradę”, widnieje tablica z napisem:

„ Księdzu proboszczowi kanonikowi Wiktorowi Mieczkowskiemu, obywatelom Wyszkowa - Uczestnikom wojny polsko – sowieckiej 1920roku ku wiecznej pamięci następnych pokoleń Mieszkańcy Wyszkowa.7 sierpnia 2005 roku

Uczmy się naszych dziejów nie tylko z podręczników, na ile możliwe, także podczas naszych powrotów i podróży do kraju. Tam, nad Wisłą, Narwią i Bugiem historia przemawia najżywiej. Ona kształcąc rozbudza naszą wyobraźnię, przybliża bohaterów i rodzi emocje, a te wzmacniają duchowo, bogacą emocjonalnie. Wiedzą o tym Polacy mieszkający w Niemczech. Wiedzą i z należnym szacunkiem kultywują wszelkie rocznicowe uroczystości. Zauważyłam, że młodzi ludzie odnoszą się do historii Polski z wielką estymą. Są spragnieni wiedzy, chętnie uczestniczą w organizowanych corocznie w Konsulacie warsztatach polonistyczno - historycznych, ochoczo przybywają na seanse polskich filmów, na spotkania jakie mają miejsce w Domu Literatury nad Alsterem czy też na Uniwersytecie Hamburskim. Pytani o to, czy warto uczyć się naszej historii? mówią: - „ Tak. Ona przecież wyróżnia nas i dowartościowuje. Polacy, jak żaden inny naród wzrasta w każdym pokoleniu wśród bohaterów – może nie romantycznych, ale równie zasłużonych i wielkich.

Warto doszukiwać się ich wśród rodzinnych wspomnień i pamiątek. Warto śledzić bohaterskie poczynania naszych krewnych i znajomych. To ważne zadanie, bo historia jak nic innego kręgi zatacza i wciąż dygresje nowe niesie i wyzwania.”

Pobyt z dala od Polski sprawia, że emigranci cenią ojczyźniane zasługi rodaków i czują się spadkobiercami najlepszych polskich tradycji. To widać coraz jaśniej i żywiej. Podróże do Polski to już nie tylko odwiedziny krewnych, ale też odkrywanie pięknych miejsc i zabytków, to także pogłębianie wiedzy o naszej kulturze i historii. Historia kręgi zatacza i wciąga w nie każdego z nas, bo przecież wszyscy z tych samych jesteśmy stron i tą samą literaturą karmieni. Te same w nas tęsknoty, wzruszenia i sentymenty. Za to słowa najwyższego uznania.

SR