Wywiad z Aleksandrem Dobą, podróżnikiem roku 2015

 

   Rozmowa z Aleksandrem Dobą, Podróżnikiem Roku 2015, kajakarzem, szybownikiem, byłym

Akademickim Mistrzem Polski w Kajakarstwie Górskim, sternikiem jachtowym, przewodnikiem turystycznym, zmarłym 22 lutego 2021 roku podczas zdobywania najwyższego szczytu Afryki Kilimandżaro w Tanzanii.

Janusz Bąkowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rekiny nie są głupie

Takie nazwiska jak Zbigniew Boniek czy Robert Lewandowski zna praktycznie wręcz cała Polska.

Pana o wiele mniej osób. Czy przy pana wspaniałych osiągnięciach nie powinno być inaczej?

Ci wymienieni są przecież sportowcami. Sportem interesuje się w Polsce mnóstwo ludzi. Ja uprawiam z kolei turystykę, którą interesuje się dużo mniej osób. Nie miałem zamiaru robić czegoś dla chwały,

tylko dla własnej frajdy.

 

Może to wina, tego, że o pana wyczynach a poprzez to i równocześnie o nazwisku się zbyt mało po prostu mówi?

Na ten aspekt zwracało mi uwagę już sporo osób. Jeżeli spojrzymy na to pod tym kątem, to być może jest coś tutaj na rzeczy.

 

Jako podróżnik ma pan na swoim koncie przebytych ponad 96 tysięcy kilometrów. Lista pana doko-

nań jest bardzo długa. Które z nich ceni Pan sobie najbardziej?

Największą frajdę z moich wypraw kajakowych zrobiła mi wyprawa za koło podbiegunowe północne, z Polic do norweskiego Narwiku. Trwała ona 101 dni. To była najwspanialsza wyprawa kajakiem morskim.

Gdy chodzi o wyprawy kajakiem oceanicznym, to z tych dwóch które mam na koncie,to ta ostatnia czyli z Lizbony do Ameryki Północnej, dokładnie na Florydę, była znacznie trudniejsza i bardziej emocjonująca.

Jest to zupełnie inna kategoria, niż kajakarstwo morskie. Staram sobie podnosić poprzeczkę coraz wyżej. Sądzę więc, że planowana wyprawa na 14 maja 2016 z Ameryki Północnej do Europy będzie jeszcze bar-

dziej trudniejsza i ciekawsza.

 

W przeszłości uprawiał pan jako zawodnik także kajakarstwo górskie. Był pan Akademickim Mistrzem

Polski. Na ile się ono panu przydało później?

Moje doświadczenie życiowe, gdyż jestem inżynierem-mechanikiem jak i to kajakowe, przydało mi się znakomicie. Gdy na przykład pokonywałem na Atlantyku silny Prąd Zatokowy, zwany Golfstromem i działo

się to w dodatku jeszcze przy silnym, przeciwnym do niego wietrze, to wtedy musiałem oczywiście moje wszystkie umiejętności kajakowe wykorzystać. Przy znajomości różnych technik kajakowych dałem radę płynąć przy specyficznych, wysokich falach i przy silnym wietrze.

 

Pan Andrzej Armiński to właściciel stoczni jachtowej w Szczecinie. Czy dałby pan radę urzeczywistnić swoje atlantyckie wyprawy bez jego wsparcia?

Ja jemu zawdzięczam ogromnie dużo. On ten kajak atlantycki zaprojektował, zbudował i wyposażył. One także potem moje wyprawy nadzorował. Był strategiem obydwu wypraw. Bez niego do nich z całą

pewnością by nie doszło.

 

Wielki Ocean Atlantycki, ciemna noc i pan na swojej malusieńkiej łupince. Witał się pan wówczas z normalnym ludzkim strachem?

Dla ludzi jest to dziwne, że go nie miałem. Otóż dlaczego. Jako student Politechniki w Poznaniu miałem także tak zwane szkolenie wojskowe. Tam nas uczono, że wróg rozpoznany jest mniej groźny. Ja nie traktowałem Atlantyku jako wroga, ale zrobiłem odpowiednie rozpoznanie, gdyż tego oceanu nie znałem. Miałem tam być kilka miesięcy. Chodziłem do biblioteki Akademii Morskiej w Szczecinie. Spotykałem się z doświadczony-mi żeglarzami. Dlatego też wszystkie osiem sztormów, gdzie jeden trwał aż trzy doby przy falach do dziewięciu metrów, udało mi się przetrwać, bo byłem dobrze przygotowany.

 

Towarzyszyło panu coś, noszone w sercu lub w głowie co pomogło to wszystko dobrze przetrwać?

Od lat towarzyszy mi pewna zasada którą to przejąłem od znakomitego irlandzkiego podróżnika, żyjącego na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, badacza Antarktydy, Ernesta Shackletona. Mówi ona,

że „morze to żywioł, którego nie zwycięży się nigdy. Można być jedynie niepokonanym”. Ja zamieniłem tutaj tylko jedno słowo w jego wypowiedzi, z morze na woda. Wtedy jest to bardziej uniwersalne, godne polecenia wszystkim, którzy mają kontakt z wodą. Ja w sumie Atlantyku nie pokonałem tylko go przepłynąłem, nie dając się pokonać. Jest to moje podejście, moja filozofia.

 

W podstawową żywność to był pan z pewnością dobrze zaopatrzony. Było jednak coś czego panu

szczególnie brakowało?

Tak. Brakowało mi takich dwóch podstawowych rzeczy, które mamy na co dzień. Mianowicie tego naszego, polskiego, specyficznego chleba do którego jesteśmy przyzwyczajeni oraz zwykłych ziemniaków O żadnych wyszukanych potrawach nie marzyłem.

 

Jak smakuje odsalana woda z oceanu?

Miałem dwie odsalarki. Jedną o napędzie elektrycznym, drugą o napędzie ręcznym. Obie działały na tej samej zasadzie, czyli odwróconej osmozie. Pompa wytwarzała wysokie ciśnienie, około 55 atmosfer,

Woda była przyciskana przez specjalną membranę o malutkich porach. Na drugą stronę przepływała już tylko jałowa woda, pozbawiona mikroorganizmów, mikroelementów i głównie soli.

Miałem zestaw różnych tabletek mineralnych, które do tej wody dodawałem.

 

Przecież pan musiał spać. Jak to się odbywało?

Mój organizm nie pozwala mi spać w dzień, Ja śpię tylko w nocy. Noc trwała tam po około 12godzin.  Fale powodowały, że mój sen był zawsze mocno przerywany, nieraz nawet kilkadziesiąt razy. Spałem w sumie

od czterech do sześciu godzin na dobę. Cierpiałem stale na niedosyt snu. Podczas sztormu było to jednak ze zrozumiałych powodów oczywiście w ogóle niemożliwe.

 

Tam przecież mają swój dom rekiny, wieloryby, wilki morskie. Jak pan z nimi sobie radził?

Rekinów nie było dużo, kilkadziesiąt. Są ich różne gatunki. One mnie w zasadzie nie atakowały. Podpływały pod kajak, który był od nich znacznie większy. Sprawdzały to coś nowego dla nich, czy to jest miękkie lub twarde, czy da się zjeść. Mogły mi teoretycznie uszkodzić ster. Rekiny nie są głupie. Nie dziabały mi steru tylko odpływały. Zdarzało się, że musiałem im przyłożyć wiosłem, ale to było sporadycznie. 

 

Gdy mijały pana kajak wielkie jednostki pływające, to odpowiednio pozdrawiały pana czy też może wręcz stwarzały jakieś zagrożenie?

Pewnego dnia jeden statek, w dzień na pustym oceanie płynął prosto na mnie. Włączyłem aktywną antenę radarową typu Sea me. I nic. Statek z pełną prędkością przepłynął 30 m ode mnie! Na pokładzie nikogo nie dostrzegłem – emocje były. Czasem statki specjalnie zmieniały kurs by przepłynąć blisko mnie. Z odległości 100 – 200 m machaliśmy do siebie i robili zdjęcia. Poczułem się miło, że blisko są ludzie i gdybym potrzebował pomocy, to na pewno by mi udzielili. 

 

Dwukrotnie, płynąc po Amazonce w Brazylii został pan obrabowany. Czy pana życie zawisło wtedy

na przysłowiowym włosku?

Na Amazonce znalazłem się po pierwszej mojej wyprawie atlantyckiej. Tam mnie bandyci rabowali dwa razy. Trwało to po kilka godzin. Mieli karabin, rewolwer, maczety. Straciłem co prawda dobra materialne,

ale uratowałem życie. Starałem się wyciszyć ich agresję, na wszystko im pozwalałem, zachowywałem spokój. To się opłaciło. Niestety w Peru zostali zastrzeleni przez Indian moi przyjaciele, podróżnicy z

Gdańska, Celina Mróz i Jacek Frąckiewicz.

 

Pana wyprawy bardzo wspiera gmina Police, gdzie pan mieszka. Jednakże tamtejsze Zakłady Chemiczne, których był pan wieloletnim pracownikiem do tego się jednak zbytnio nie kwapią. Jest panu przykro z tego powodu?

Przyznam, że tak. Na emeryturę odszedłem właśnie z tych zakładów. Jest to dla mnie niezrozumiałe, że o mnie zapominają. Finansują mocno drużynę żeńską siatkówki, która jest mistrzem Polski. Mi na razie po-

mocy odmawiali, ale mam nadzieję, że to się może kiedyś zmieni. 

 

Ma pan również licencję pilota szybowcowego. Lata pan nieraz jeszcze?

Szybownictwo było moją wielką pasją. Niestety z różnych względów musiałem zmienić dyscyplinę. Zapamiętałem z tamtych czasów powiedzenie, nie moje, ale mi się ono podoba. Brzmi ono tak „nic nie zastąpi

latania”. Gdy się lata gdzieś wysoko z ptakami, po cichu, to jest to coś wspaniałego. 

 

W głosowaniu przeprowadzonym przez bardzo prestiżowe pismo National Geographic zdobył Pan miano Podróżnika Roku 2015. Co dla pana oznacza to wspaniałe wyróżnienie?

Byłem w ogóle pierwszym Polakiem w historii, nominowanym do tego wyróżnienia. Wygrałem z bardzo dużą przewagą, gdy chodzi o liczbę głosów. Mówiono, że głosowali na mnie tylko Polacy, co było nie-prawdą. Około 55% głosów zdobyłem spoza Polski, resztę z kraju. 

 

Co Pan lubi robić poza kajakarstwem?

Bardzo chętnie uprawiam turystykę pieszą, jeżdżę na rowerze, jestem przewodnikiem turystycznym. Udzielam się też, na naszej działce, którą pomagam uprawiać mojej żonie. Chętnie oglądam zawody sportowe, zwłaszcza mecze piłkarskie naszej narodowej reprezentacji. 

 

Dziękuję panu bardzo za rozmowę.

Ja również bardzo dziękuję i pozdrawiam wszystkich miłośników podróżowania.