Maja Hirsch – wiadomości z pierwszej ręki

Na ekranie najczęściej wciela się w role silnych i dominujących kobiet, co ją dziwi, bo – jak twierdzi – prywatnie jest zupełnie inna. Od szpilek woli trampki, nie lubi się „lansować”, a zamiast imprez na warszawskich salonach wybiera rodzinę i swoje cztery kąty.

.

Czytając artykuły na Twój temat można odnieść wrażenie, że najważniejszą informacją jest to, że masz prawie 180 cm wzrostu. Zastanawiam się, dlaczego budzi to aż takie zainteresowanie?

Może dlatego, że to zjawisko dość rzadkie wśród aktorek? Poza tym, kiedy ogląda się kogoś w telewizji, to nie widać, czy jest wysoki czy niski i potem, kiedy widzi się tego kogoś „na żywo”, to można się mocno zdziwić. Chociaż wydaje mi się, że nawet na ekranie widać, iż jestem wyższa od kolegów.

No właśnie, podobno trudno Ci znaleźć równie wysokiego partnera.

Wśród aktorów znacząco wyżsi ode mnie są tylko Tomasz Kot i Wiktor Zborowski (śmiech). Tak, przy nich czuję się jak kruszynka. Przy pozostałych kolegach – nie bardzo, a jak jeszcze obcas włożę…

Często zdarza Ci się zakładać wysokie obcasy? A może wolisz trampki?

Dzisiaj pada, więc mam na sobie kaloszki (śmiech). Mam w domu kilka par butów na obcasach, kupiłam je kiedyś i one tak sobie leżą. Rzadko je wkładam, bo ani to nie jest wygodne, ani nie czuję się w tym dobrze. Nie jestem fanką takiego stylu „super-mega-kobiecego”.

To ciekawe, bo na ekranie często wcielasz się w role wyjątkowo eleganckich kobiety. W „BrzydUli” byłaś Pauliną Febo, narzeczoną Marka, w „Wiadomościach z drugiej ręki” - Magdą Szwed, dyrektor programową stacji telewizyjnej. Obie zawsze nienagannie ubrane, w kostiumach, szpilkach.

 

I to jest właśnie dziwne, bo to kompletnie nie jest mój styl. Chociaż, rzeczywiście, dosyć dobrze wyglądam w takich rzeczach. Być może też jestem obsadzana w takich rolach, bo kojarzę się z silną, despotyczną kobietą? Muszę przyznać, że jest to dla mnie zaskoczeniem, bo na co dzień taka nie jestem.

Ani trochę?

No dobra, też mam w sobie takiego „szefa”, ale nie aż tak wielkiego jak Magda Szwed albo Paulina Febo (śmiech).

Magda Szwed wyznaje zasadę, że cel uświęca środki. A Maja Hirsch?

Ja tak nie mam i nie umiem się w ten sposób zachowywać. Wydaje mi się, że to działa na krótką metę.

Oglądałaś pierwowzór „Wiadomości z drugiej ręki”, argentyński serial „Los exitosos Pells”?

Widziałam fragment i byłam urzeczona. To jest coś zupełnie innego niż polskie seriale. Tamci aktorzy nawet inaczej się ruszają.

W końcu to Latynosi.

Dokładnie tak. Gdyby w Polsce ktoś tak zagrał, to ludzie by mówili: „Jezus, Maria, cóż on robi, czemu tak wymachuje tymi rękami?” Jednak oni tacy są, im to pasuje i jest super. Grają tak, że emocje sięgają górnego C.

„Wiadomości z drugiej ręki” to serial komediowy. Na planie też było wesoło?

Wbrew pozorom, komedia wymaga dużej dyscypliny. Żeby film był śmieszny dla widzów, to my musimy być bardzo skoncentrowani. Ale jeśli na planie jest Wojtek Mecwaldowski, to wiadomo, że rozbawi wszystkich.

W jaki sposób?

On jest kompletnie walnięty (śmiech). Jeśli czegoś nie robi przez dłuższą chwilę, to się nudzi. W związku z tym, w ciągu trzech sekund robi mnóstwo rzeczy. Ma przy tym tak specyficzne poczucie humoru, że niektórzy mogliby go uznać za wariata, ale to właśnie jest w nim cudowne. Poza tym, Wojtek jest bardzo dobrym aktorem i świetnie się z nim pracuje.

Życie Marcina Wilka, w którego wciela się właśnie Wojciech Mecwaldowski, przypomina trochę reality show. Oglądasz takie programy w telewizji?

Kompletnie nie. Ja niestety w ogóle jestem na bakier z telewizją. Kiedy kręciliśmy „Wiadomości…” wszyscy mnie pytali: „Co pani myśli o telewizji? Jaką spełnia funkcję?” A ja nie wiem, jaką ona spełnia funkcję, bo jej nie oglądam.

Ale telewizor masz?

Mam, ale już jakiś czas temu zasłoniłam go prześcieradłami i wepchnęłam w kąt. Od kiedy mam dziecko, to na telewizję patrzę inaczej, trochę oczami mojej córki. Telewizja bardzo się zmieniła, jest taka niespokojna. Już małym dzieciom proponuje się jakieś hardcore’owe wydania bajek.

Twoja córka ma już 9 lat. Nie wierzę, że nie chce ich oglądać.

No oczywiście, że mnie o to męczy. Marysia jest przedstawicielką tego pokolenia, które potrafi bardzo dobrze skupić się na telewizji, a na innych sprawach – różnie. A ja uważam, że jest mnóstwo rzeczy w życiu, które można robić w tym czasie, zwłaszcza będąc dzieckiem. Dawniej ludzie nie gapili się cztery godziny dziennie w ekran.

Tylko na przykład działali w harcerstwie, jak ty…

No tak, byłam w ZHR, to było takie harcerstwo bardzo ortodoksyjne, oparte na skautingu. Panowały twarde zasady, ale o to w tym chodziło, bo wtedy harcerstwo, oprócz domu, wychowywało młodzież. Byłam tam osiem albo i dziewięć lat i to był bardzo aktywny czas. Nie tylko jeździliśmy na obozy, ale w ciągu roku mieliśmy zbiórki, odchody świąt narodowych i inne zajęcia. Bardzo dobrze to wspominam.

Marysia też będzie chodzić na zbiórki?

A wiesz, że właśnie zaczęłam się dowiadywać, gdzie są jakieś fajne zuchy? Zobaczymy w przyszłym roku.

Uczysz już swoją córkę rosyjskiego? W końcu jej babcia, a twoja mama jest Rosjanką, a rosyjski był pierwszym językiem, jakim się posługiwałaś.

Niestety, dawno już nie byłam w rodzinnych stronach swojej mamy, a jak się z czymś nie obcuje, to gdzieś to trochę zanika. Nie uczę Marysi, ale myślę, że może sama się nauczy, bo to zdolne dziecko. Tylko najpierw muszę ją tam zabrać.

Jako dziecko spędzałaś w Leśnym Miasteczku pod Moskwą każde wakacje.

Kiedyś niewielu rodziców było stać na to, żeby wysyłać dzieci na obozy i kolonie, więc jeździło się do rodziny. A ponieważ świetnie się tam bawiłam, mama wysyłała mnie do swojej rodziny co roku. Miałam fajne „dwukrajowe” dzieciństwo.

Zdarza ci się jeszcze myśleć po rosyjsku?

Teraz już nie. Jako dziecko mówiłam jak złoto, a teraz jak włączam rosyjską telewizję, to mam wrażenie, że znam co trzecie słowo, chociaż całość rozumiem. Ale myślę, że wystarczy wyjazd i dwa tygodnie pobytu tam, żeby mi się wszystko przypomniało.

W Polsce powszechne są stereotypy na temat Rosjan i generalnie mało przyjazne nastawienie do wschodnich sąsiadów. Nie boli Cię to?

Nie, bo obracam się wśród ludzi, którzy widzą w Rosji piękne rzeczy i nie patrzą na nią przez pryzmat Władimira Putina i jego pomyłek politycznych czy bezwzględnej natury. Poza tym, generalnie, w kontakcie z drugim człowiekiem w ogóle nie zwracam uwagi na stereotypy. Chociaż są pewne rzeczy, które widać jak na dłoni.

Na przykład?

Niemcy są głośni, a Polacy kombinują. Jest coś w nas takiego, że potrafimy sobie poradzić w sytuacjach, w których inni sobie nie radzą. Ja sama czasem kombinuję, chociaż staram się to robić uczciwie (śmiech). A Rosjanie? Są na pewno bardzo emocjonalni. Mówi się, że Włosi tacy są, ale na przykład moja mama - to są same emocje.

Widzisz to również w sobie?

Ba! To jest czasem cudowne, ale nie można wszystkiego brać jedną miarą. Ja dopiero się tego uczę.

Grasz w filmach, w serialach, w teatrze. Gdzie lepiej się odnajdujesz?

Zdecydowanie w teatrze.

Dlaczego? Co sprawia, że tak Ci tam dobrze?

Przede wszystkim czas, który poświęca się na „zrobienie” roli. W teatrze jest kilka miesięcy prób, dzięki którym można rzeczywiście stać się tą osobą, którą gramy. W telewizji czy filmie – jest to trudniejsze. Niesamowite jest też to, że w teatrze można obsadzić 40-letniego faceta w roli małego chłopca. W telewizji to już nie przejdzie.

Jest jakaś rola, o której marzysz?

Może jestem jakaś dziwna, ale nie mam takich marzeń. Na pewno chciałabym zagrać dużą rolę w teatrze. Będąc jednak kilka lat w tym zawodzie nie powiem, że przestałam marzyć, ale przestałam być trochę naiwna. Już w szkole teatralnej profesorowie mówili nam, że będąc aktorem można zagrać rolę swoich marzeń, ale można też nigdy jej nie zagrać. Trzeba być realistą.

Powiedziałaś kiedyś, że aktorstwo to piękny, ale i okrutny zawód.

Bo tak jest. W aktorstwie są piękne chwile, ale generalnie to jest ciężki zawód. To znaczy, ja to tak traktuję, bo są ludzie, którym granie przychodzi ot tak. Dla mnie to jest na tyle kosztowne, że nie wiem, czy potrafiłabym na przykład grać codziennie. Ja muszę mieć przerwy, bo oprócz pracy mam dom i swoje prywatne życie – po prostu potrzebuję równowagi. Nie uważam też, że aby dostać rolę muszę się wszędzie pokazywać.

Żeby dużo grać, trzeba „bywać”?

Zauważam taką tendencję. Producenci stawiają na osoby popularne, bo uważają, że to zapewni im publiczność. Ja jestem innego zdania - jak jest dobry scenariusz, to nawet jeśli w filmie grają nikomu nieznani aktorzy, to do kina pójdzie sto milionów osób. Gdy film jest słaby, to szybko się to rozniesie i nawet znani aktorzy nie pomogą.

Twój partner, Jacek Braciak też jest aktorem. Nie zauważyłam jednak Waszych sesji zdjęciowych w kolorowych magazynach, z dzieckiem na kolanach.

Proponowano nam to wielokrotnie, ale my nie chcemy. Pewnie przy okazji musielibyśmy udzielić wywiadu i o czym mielibyśmy w nim mówić? O nas?

 

Nie lubicie mówić o Was?

Może i lubimy, ale nie w takiej formie.

Na imprezach też zbyt często nie bywacie.

Rzeczywiście, nie pokazujemy się, bo nie lubimy chodzić na imprezy tylko po to, żeby się pokazać. Jeśli mam ochotę gdzieś iść, bo coś mnie interesuje, to idę. Ale nie mam siły ani ochoty, by zaliczać cztery imprezy w miesiącu, tylko dlatego, że mnie na nie zaproszono.

Jesteście parą aktorską. W domu rozmawiacie o pracy?

No pewnie, ale nie tylko. Gdzieś tam trzeba zachować umiar (śmiech).

Zagraliście razem w „BrzydUli” – Ty wcieliłaś się w rolę Pauliny Febo, Jacek grał projektanta Pshemka. Jak Wam się razem pracowało?

Świetnie.

 

 

Żadnych konfliktów?

Żadnych. Może są takie pary, które nie mogą ze sobą pracować, ale my możemy. Dobrze nam się razem pracuje i jeśli tak się składa to super, ale nie zabiegam o to specjalnie. Na szczęście to nie jest tak, że trzeba nas brać w pakiecie: jak pan Braciak to i pani Hirsch.

Jak to się dzieje, że w każdej roli wyglądasz zupełnie inaczej?

Mam wrażenie, że zmiana mi służy i lubię zmieniać wizerunek. Wielokrotnie słyszałam też od charakteryzatorów, że mam taką twarz, która się bardzo zmienia. I rzeczywiście tak jest, czasami mnie ludzie nie poznają. Ostatnio, jak mnie panie pomalowały do sesji zdjęciowej, to nie poznała mnie moja agentka.

A gdyby ktoś teraz zaproponował Ci rolę, do której musiałabyś obciąć się na łyso i przytyć 10 kg?

To musiałaby być świetna rola, ale zrobiłabym to bez problemu. Musiałabym tylko jeść dużo ciastek.

 

Rozmawiała Marta Fujak (iTVN)

DO OGLĄDANIA WIADOMOŚCI Z DRUGIEJ RĘKI NA ANTENIE ITVN ZAPRASZAMY OD PONIEDZIAŁKU DO CZWARTKU O GODZ. 20.35 (CET – BERLIN, PARYŻ).

Maja Hirsch – aktorka filmowa i teatralna, absolwentka warszawskiej Akademii Teatralnej. Wystąpiła w wielu przedstawieniach teatralnych, serialach telewizyjnych i filmach, m.in. „Ciało” oraz „Jak się pozbyć cellulitu”. Widzowie iTVN znają ją głównie z roli Pauliny Febo, jednej z kluczowych postaci w „BrzydUli”. W „Wiadomościach z drugiej ręki” wciela się w Magdę Szwed, dyrektor programową stacji PL24. Jej wieloletnim życiowym partnerem jest Jacek Braciak, z którym ma córkę Marysię.

FOTO: Telewizja Polska Agencja Filmowa

Materiały: iTVN