Wywiad z Kasią Bujakiewicz

Minimalistka. Zawsze uśmiechnięta i sympatyczna. Grzeczna dziewczynka? Bynajmniej. – Długo leczyłam się z bycia grzeczną – mówi i konsekwentnie realizuje własny pomysł na życie i karierę. Mieszka w Poznaniu i nie ma zamiaru przenosić się do Warszawy. – Jeśli ktoś chce mnie zatrudnić, to i tu mnie znajdzie – twierdzi.

.

Przez wiele lat praca absorbowała ją niemal w stu procentach. Teraz jest inaczej, zwolniła i większość czasu poświęca rodzinie. O tym, jak wychowuje córkę, co jej daje bieganie i dlaczego tak ważna jest dla niej ekologia opowiada Kasia Bujakiewicz, czyli Sylwia Matysik z serialu TVN „Lekarze”.

 

Umie pani robić zastrzyki? Tak, ale tylko na niby (śmiech).

Pytam, bo od tylu lat gra pani role pielęgniarek, że to już niemal pani drugi zawód.No właśnie… I tu pojawia się pytanie, czy to nie był błąd, że zdecydowałam się ponownie zagrać pielęgniarkę. Ale „Lekarze” to zupełnie, co innego niż „Na dobre i na złe”, gdzie przez długie lata grałam siostrę Martę. Zawsze marzyło mi się coś w stylu serialu „Grey’s Anatomy” (polski tytuł to „Chirurdzy” – przyp.red.), który namiętnie oglądam. Kiedy więc zaproszono mnie do współpracy przy „Lekarzach” i jeszcze okazało się, że jest bardzo fajny scenariusz, to się zgodziłam. Wprawdzie tu też gram pielęgniarkę, ale tym razem instrumentariuszkę. Teraz raczej nie robię zastrzyków, tylko pracuję przy operacjach. To jest to duża różnica, powiem szczerze: awansowałam (śmiech).

Po tylu latach w zawodzie w końcu się należało. Czy mając tak duże doświadczenie w ogóle musiała się pani przygotowywać do roli Sylwii? Niektóre rzeczy, typu intubacja, były dla mnie oczywiste. Z kolegami, z którymi pracowałam na planie „Na dobre i na złe” nawet się śmialiśmy, że to takie proste sprawy, że nie ma co ćwiczyć. Inaczej jest w przypadku operacji, które mamy w serialu – tu trzeba się uczyć wszystkiego za każdym razem. Miałam szkolenie z chirurgiem, byliśmy też w szpitalu, więc musiałam troszeczkę inaczej spojrzeć na ten zawód.

Jako Sylwia jest pani koordynatorką transplantologii. W prawdziwym życiu też działa pani na rzecz przeszczepów. Jestem w Drużynie Szpiku – staramy się uświadomić ludziom, jak ważne jest, by oddali krew do badania i zarejestrowali się jako dawcy szpiku. Jestem w to bardzo zaangażowana, dużo na ten temat wiem i dlatego cieszę się, że gram w serialu, w którym poruszane są tego typu kwestie – o tym trzeba mówić.

Pani się zarejestrowała? Tak, jestem w bazie i czekam na telefon. Na razie jakoś nie dzwoni, holender, ale mam nadzieję, że lada moment zadzwoni i będę mogła komuś uratować życie. To jest naprawdę bardzo łatwe i nic nas nie kosztuje.

Zaangażowanie w sprawy przeszczepów to nie jedyna rzecz, która łączy panią z Sylwią. Usposobienie też chyba macie podobne. Bo ta postać była pisana pode mnie. Miała być dynamiczna i przebojowa. Wiadomo, że ja jej daję sporo swoich cech, no, może nie wszystkie, ale temperament na pewno tak.

Słyszałam, że jest pani gwarantem dobrego humoru na planie. Nooo, sama o sobie to chyba nie bardzo mogę tak mówić… Jestem optymistką i jeśli są jakieś złe emocje, to staram się je rozładowywać. Poza tym uwielbiam pracować – kręcimy dobry serial, mam świetną rolę, a u boku cudownych ludzi. Z przyjemnością chodzę do pracy i po prostu przekazuję tę energię dalej.

Podobno najweselej jest, kiedy razem grają Bujakiewicz i Małaszyński. Nie mogę zdradzać wszystkich sekretów z planu, ale z Pawłem znamy się od wielu lat i lubimy ze sobą pracować. Świetnie się bawimy i tak to potem wygląda (śmiech). Jedno coś wymyśli, drugie coś wymyśli i jest wesoło.

A jak to jest z tymi tłumami wielbicielek Pawła Małaszyńskiego? Często się śmiejemy, że kiedy Paweł gra to trzeba zatrudniać ochroniarzy. Ale trudno się dziwić - ludzie chcą go oglądać, bo jest fajny, ma charyzmę, charakter i jest przystojny. Wprawdzie przystojnych aktorów jest mnóstwo, ale Paweł ma jeszcze to coś, co przyciąga ludzi i sprawia, że kobiety go kochają, niezależnie od tego, czy ma włosy obcięte na krótko czy zaczesane do tyłu. Pewnie gdyby żył w Stanach Zjednoczonych, to byłby Bradem Pittem i kobiety piszczałyby na jego widok. U nas wielbicielki są spokojniejsze i tylko dlatego nie krzyczą na rynku w Toruniu.

Pani serialowym partnerem jest jednak doktor Orda, z którym tworzycie dość nietypową parę… Jeśli chodzi o mnie i Wojtka (Zielińskiego – przyp.red.) to była miłość od pierwszego wejrzenia (śmiech). Już kiedy przeczytaliśmy pierwsze sceny, to wiedzieliśmy, że będzie bardzo fajnie. Mogę o nim powiedzieć to samo, co o Pawle, czyli, że ma charyzmę i talent - jest zabawny, ale potrafi być też wzruszający. Cudownie się pracuje z kimś takim. Kiedy oglądam serial, to sama się śmieję, jak widzę nasze sceny.

A jak to jest z uczuciami pani bohaterki? Kocha tego Ordę czy nie? Sylwia mówi, że jest rozsądna w uczuciach, a nierozsądna w jedzeniu. Swoje przeszła i doskonale zna facetów, bo dużo czasu spędziła z nimi w Iraku i widziała ich w najgorszych sytuacjach. Myślę, że stąd ten lekki dystans. A z Ordą to jak w życiu - wiadomo, ciągnie nas do kogoś, ale podchodzimy ostrożnie, nie chcemy się tak do końca oddać, bo boimy się, że dostaniemy po nosie. Sylwia nie rzuca się na Ordę i nie wyznaje mu miłości, bo chce trochę przemyśleć sprawę. On tymczasem żąda za dużo i za szybko, przynajmniej jak dla Sylwii. To jest para, jakich jest teraz sporo w naszym społeczeństwie, bo tak się jakoś porobiło, że kobiety nie chcą od razu ślubu i dzieci, a mężczyźni tak. To oni bardziej poszukują stabilizacji.

Pani też jest taką kobietą? Za każdym razem, gdy dziennikarz pyta panią o ślub, odpowiedź brzmi: „A po co?” Ja jestem rozsądną Poznanianką, więc szkoda mi na to pieniędzy. Poza tym nie mamy czasu, wolimy poświęcić go na to, aby być z dzieckiem albo podróżować.

To jedyny powód? Nie mam takiego poczucia, żeby ślub był mi do czegoś potrzebny. Jestem już na tyle stara, by wiedzieć, że ślub to nie jest dowód na to, że będziemy ze sobą do końca życia. Najważniejsze jest to, aby chcieć ze sobą być i się lubić.

Pani partner nie jest aktorem. Jak się poznaliście? Po poznańsku (śmiech). Bardzo długo znałam się z jego siostrą i w pewnym momencie się spiknęliśmy, po wielu latach tułaczki. Przedtem każdy robił swoje - ja głównie pracowałam, a on siedział gdzieś w górach. Pewnego dnia spotkaliśmy się na imprezie u przyjaciela i stwierdziliśmy, że chcemy ze sobą być.

Warto było tyle czekać? Ludzie powinni się spotykać w takim momencie swojego życia, kiedy coś już przeżyli i przerobili. Wtedy wiadomo, co komu pasuje, na co się zgadzamy, a na co nie. Wtedy ta druga osoba nie jest moim uzupełnieniem, tylko fajnie ze sobą współgramy.

Wy na przykład odkryliście, że oboje lubicie sport… Zawsze się śmieję, że wybiegaliśmy sobie miłość, bo nigdy nie chodziliśmy na randki tylko chodziliśmy razem pobiegać. I tak biegamy do dzisiaj. Oboje to uwielbiamy i zarażamy tym córkę.

Co jest takiego fajnego w bieganiu? Dla mnie to jest pasja i uzależnienie – po prostu muszę zaczynać dzień od biegania. W trakcie można sobie przemyśleć życie, dotlenić się, a w międzyczasie głupoty wychodzą z głowy. Nawet kiedy mam zły humor i zaczynam warczeć na rodzinę, to mówię „sorry”, zakładam buty do biegania i idę do lasu. Po godzinie złość przechodzi. Jak człowiek się zmęczy, to potem od razu inaczej patrzy na świat.

Podczas zdjęć w do „Lekarzy” w Toruniu też udaje się pani pobiegać? Oczywiście, wszędzie biorę buty i ciuchy do biegania, a z Torunia mam akurat fajną anegdotę. Kiedy kręciliśmy tam zdjęcia, byłam akurat w trakcie przygotowań do maratonu poznańskiego. Chciałam zrobić dłuższy trening, więc zaczepiłam jakiegoś biegacza i zapytałam, ile kilometrów ma ta trasa. Zapytał: „A ile chcesz zrobić?” Odpowiedziałam, że piętnaście, a on mówi: „No to biegnij ze mną”. Pobiegaliśmy sobie po tym lesie przez jakieś półtorej godziny. Parę dni później dostaję maila od mojej agentki, żebym na przyszłość nie była tak łatwowierna, bo nie zawsze można trafić na poczciwego księdza. Okazało się, że biegałam z księdzem! Następnym razem jak przyjadę, to wyciągnę go na jakaś wycieczkę, pobiegamy sobie i może tym razem porozmawiamy.

Dlaczego nie przeprowadziła się pani do Warszawy? Nie byłoby łatwiej? Bo mi tak wygodnie. W Poznaniu mam rodzinę, las pod domem i nic mi tego nie zastąpi. Poza tym, Warszawa jest za dużym miastem, żeby wychować dziecko. Do tego potrzebuję innej przestrzeni i spokoju, a nie ciągłego pędu.

Córka pojawiła się w pani życiu dość późno. Przygotowywała się pani do macierzyństwa? Oczywiście, byłam perfekcyjnie przygotowana - miałam wszystko przeczytane i omówione. Poza tym szkoliłam się u Ani Przybylskiej i u drugiej przyjaciółki w Warszawie, której córka jest moją chrześniaczką.

A pani przyjaciółki nie mówiły: „Dziewczyno, wyrzuć te książki i słuchaj intuicji”? Ale ja czytałam tylko te mądre książki. Na przykład o rodzicielstwie bliskości, bo ten kierunek mnie interesuje.

Na czym to polega? To jest takie ekorodzicielstwo. Chodzi o to, żeby nie polegać na poradnikach, które piszą na przykład, żeby dziecko kłaść do snu o 21.00, a jak nie śpi, to niech się wypłacze. Warto zdać się na intuicję. Dać sobie na luz i nie robić pewnych rzeczy tylko dlatego, że wypada i trzeba, a potem wychowywać córeczkę na grzeczną dziewczynkę. To akurat nie jest w życiu potrzebne.

Pani była wychowana na grzeczną dziewczynkę? Tak i długo się z tego leczyłam. W latach 70-tych panowało przekonanie, że dzieci głosu nie mają i w ten sposób mnie wychowywano. Byłam grzeczną dziewczynką, ale żeby przetrwać w dzisiejszym świecie nie można taką być. Musiałam więc przestać być grzeczna. Teraz jest jeszcze trudniej, a ja nie chcę, żeby Ola musiała kiedyś uczyć się bycia asertywną, tylko żeby miała to w sobie. Jest taka książka „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą” i coś w tym jest.

Mówiła pani o ekorodzicielstwie. Jakie znaczenie ma dla pani ekologia? Jestem domową ekoterrorystką, zwłaszcza jeśli chodzi o żywienie. Uważam, że podstawa wszystkiego to zdrowe odżywianie i myślenie o tym, co się je. Mam swoje miejsca, gdzie kupuję mięso, gdzie kupuję warzywa. W związku z tym, że działam w Drużynie Szpiku często spotykam się z chorymi ludźmi. Zastanawiam się potem, skąd się biorą te poważne choroby - czy to ta wszechobecna chemia, czy antybiotyki w mięsie? To wszystko bardzo mnie interesuje i dlatego ważne dla mnie jest, co wkładam do brzucha mojej córki, czym ją myję i w czym piorę jej rzeczy. Chcę, by to małe ciałko miało jak najmniej kontaktu z chemią.

Całkowicie raczej nie da się tego uniknąć. Można próbować, ale najgorsze jest to, że zrobiliśmy się jakimś nieczułym społeczeństwem i w ogóle o tym nie myślimy. Jemy kabanosy z supermarketów, nie zastanawiając się, jaką drogę przeszły. Dopóki nie miałam dziecka, to jakoś się tym nie przejmowałam, ale potem, kiedy zaczęłam o tym czytać, to odkryłam, że to jest system naczyń połączonych. I zwierzęta i siebie nawzajem traktujemy źle - to jest smutne, dlatego staram się wychowywać moje dziecko w takim duchu, żeby nie myślało tylko o sobie.

Dawniej było lepiej? Kiedy byłam dzieckiem, słodycze jadło się raz na jakiś czas, tylko kiedy udało się je zdobyć, a mięso - jak było świniobicie u zaprzyjaźnionego rolnika na wsi. Nie było tego ogólnego faszerowania chemią i masowego pożerania. Przerażające jest, że nikt nie myśli o tym, do czego to prowadzi, tylko o własnych interesach.

W świecie dominuje teraz taka postawa: musi być więcej i szybciej. Nie chcę się do tego przyłączać. Być może konsekwencją jest to, że mniej mnie jest na ekranie, ale jestem minimalistką i nie potrzebuję w życiu dużo. Wystarczy mi zdrowa i szczęśliwa rodzina - to jest dla mnie najważniejsze.

Rozmawiała Marta Fujak (iTVN)

NA SERIAL „LEKARZE” ZAPRASZAMY W KAŻDY PONIEDZIAŁEK O GODZINIE 21.35 (CET – BERLIN, PARYŻ) NA ANTENĘ iTVN!

Katarzyna Bujakiewicz – aktorka filmowa i teatralna, absolwentka PWST we Wrocławiu. Na ekranie zadebiutowała jako 9-latka w „Balladzie o Kasi i drzewie” Andrzeja Maleszki. W ciągu kolejnych lat zagrała w wielu filmach i serialach tego reżysera. Po ukończeniu studiów przez kilka lat pracowała w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, obecnie występuje na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu. Znana jest z ról w filmach fabularnych (m.in. „Kochaj i rób, co chcesz”, „Rh+”, „Listy do M.”) oraz serialach telewizyjnych (m.in. „Na dobre i na złe”, „Magda M.”). W najnowszej produkcji TVN „Lekarze” gra pielęgniarkę-instrumentariuszkę Sylwię Matysik.

Prywatnie związana jest z Piotrem Maruszewskim, z którym ma 3-letnią córkę Olę.

 

Materiały TVN. FOTO TVN/Piot Porebski Metaluna