„BEZGRANICZNA” MONIKA MARIOTTI

Polka wychowana we Włoszech. Niezwykle utalentowana poliglotka. Uczyła się tańca w Senigallii i Perugii. Grała w rzymskim teatrze. W Warszawie chodziła na lekcje śpiewu. Kocha podróże i muzykę etniczną. Możemy ją teraz podziwiać w brawurowo zagranej roli w serialu „Nie rób scen”, polskiej wersji przebojowego izraelskiego tytułu „Little Mom”, który w 2014 roku otrzymał prestiżową nagrodę telewizyjną Rose d’Or dla najlepszego serialu komediowego. Gwiazda, która zaczyna błyszczeć - Monika Marotti.

.

 

Aleksandra Czernecka: Na początku było milczenie…. Jako dziecko późno zaczęła Pani mówić.

Monika Mariotti: Ale potem szybko się „rozgadałam”. (śmiech)

 

 

 

 

 

A.Cz. I po włosku i po polsku.

M. M.: Podobno każde dziecko, które słyszy od urodzenia, dwa albo i więcej języków, zaczyna późno mówić. Potrzebuje więcej czasu, żeby ułożyć strukturę semantyczną i gramatyczną języka. Zapamiętać wszystkie informacje dźwiękowe, które kiedyś będą mówione na głos. Dobra wymowa, to też efekt długiego procesu naśladowania niuansu języka. Można powiedzieć, że miałam taki intensywny kurs przez trzy lata. To on otworzył mi drzwi do reszty języków.

A.Cz.: Posługuje się Pani biegle włoskim, polskim, angielskim, niemieckim, rosyjskim, francuskim, hiszpańskim… Jak uczy się Pani języków?

M.M.: Jak dziecko. Naśladując dźwięki. Nigdy nie wstydzę się hiperpoprawnej wymowy, nawet jeśli brzmi śmiesznie. Jak byłam mała, to było mi trochę przykro, gdy koledzy w klasie się śmiali, jak tak poprawnie artykułowałam angielskie słowa. Mówili, że chcę się popisać. Ale spróbujcie powiedzieć na lekcji angielskiego „Olliwud" a nie „Hollywood”. To dopiero głupie uczucie (śmiech).

A.Cz.: Studiowała Pani we Włoszech filologię rosyjską. Skąd taki wybór?

M.M.: Chciałam studiować filologię polską, ale akurat wtedy zamknęli ten kierunek. Pomyślałam: „Jaki język będzie dla mnie przystępny? „Francuski - nie”. Już mówiłam po francusku, „Hiszpański? - za bardzo podobny do włoskiego…” Niemiecki miałam w szkole i chociaż lubię literaturę tego języka, to germańskie dźwięki, jakoś nie pasują do mnie. Wybrałam rosyjski, bo wiedziałam, że chcę podróżować. Łazić i poznawać ludzki. I że rosyjski mi się przyda. A potem zakochałam się w literaturze rosyjskiej! I wtedy na serio zaczęłam naukę języka rosyjskiego.

A.Cz.: Pół-Włoszka, pół-Polka, przez szesnaście lat uczyła Pani włoskiego. To było Pani podstawowe zajęcie, źródło utrzymania i chyba pasja?

M.M.: Wciąż uczę. Lubię zawód nauczyciela. Choć to bardzo trudne zajęcie. Trzeba przekazywać wiedzę tak, żeby ją głęboko zakodować w ciele ucznia. Zrobić to tak, by powoli sam zaczął myśleć w innym języku. I trzeba robić to z poczuciem humoru i lekkością. Ten proces nauczania i dla ucznia i dla mnie musi być przyjemnością. Bo inaczej, ten trud nie ma sensu. Staram się ucząc pamiętać o tym, co mi utrudniło życie w szkole i też o tym, co było inspirujące w spotkaniach z wybitnymi nauczycielami.

A.Cz.:W jakim języku Pani myśli?

M.M.: Teraz po polsku. Podczas ostatniej Wielkanocy w Rzymie - po włosku. A sny miewam w różnych językach. To zależy od miejsca w którym jestem na jawie. (śmiech)

A.Cz.: Mówi Pani o sobie, że jest Pani nomadką. Kiedy zaczęły się Pani podróże?

M.M.: Nie wiem. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek było inaczej. W pierwszą podróż zabrali mnie rodzice. Były lata siedemdziesiąte, miałam trzy miesiące i podróżowaliśmy starym Volkswagenem. To podobno było zimą. Potem już pamiętam: podróże samochodem przez Słowację do Polski. To czekanie godzinami na granicy. Potem ojciec pokazał mi kawał świata. On też uwielbia podróże. Gdy jeździł na kongresy kardiochirurgiczne zabierał mnie ze sobą w różne strony świata.

 

A.Cz.: Proszę opowiedzieć o swojej najciekawszej wyprawie.

M.M.: Dwie były niezwykłe: jedna do Mongolii a druga do Nepalu. Ale opowiadać o tym…To trudna narracja. To tak jakby opowiedzieć o życiu skondensowanym w intensywny okres jednego miesiąca. Kiedy opowiadam o podróży albo opowiadam o tym godzinami albo mówię tylko z rozmarzeniem: „To była piękna podróż.”

A.Cz.:Czy podróż to oderwanie się od codzienności, poznanie innych przestrzeni, innych kultur czy spotkania z ludźmi?

M.M.: To wszystko na raz! Samo życie. Tylko nie tu, a gdzieś indziej.

A.Cz.:Co dla Pani jest najważniejsze w drodze?

M.M.:Nie wiem… Może scyzoryk szwajcarski i wygodne buty!

 

 

A.Cz.:Pani mama do Włoch pojechała za swoja miłością. Co Panią sprowadziło do Polski?

M.M.: Szukałam swoich korzeni. I je znalazłam. W dzieciństwie przyjeżdżałam do Polski co roku. Boże Narodzenie, to dla mnie polska tradycja. We Włoszech od niedawna je kultywuję. Jestem tu, w Polsce, bo może zamykam koło, które mama otworzyła.

A.Cz.: Mieszkała Pani w trzydziestu sześciu mieszkaniach. Teraz się Pani zatrzymała. Co Panią zatrzymało?

M.M.: Bardzo dobrzy przyjaciele. Moje pierwsze mieszkanie. Polska przyroda i praca.

A.Cz.:Kiedy w Pani życiu pojawiło się aktorstwo?

M.M.: Pracowałam jako sekretarka w biurze, w rodzinnej Senigalli. Nudziłam się potwornie. Dużo słuchałam muzyki na służbowym komputerze. Pewnego dnia odwiedziła mnie koleżanka. Była bardzo smutna. Porzucił ją chłopak. Powiedziała, że musi odreagować i zaproponowała żebym poszłabym z nią na kurs teatralny do sąsiedniej wioski. Zwolniłam się z biura i poszłam. To była dla mnie i dla niej ważna życiowa decyzja. Ona też została aktorką. Gra we Włoszech.

A.Cz.:We Włoszech grała Pani w teatrach eksperymentalnych, a potem stanęła Pani na deskach w Teatro India, w Rzymie, jednej z najpiękniejszych włoskich scen teatralnych.

M.M.: Tak, to niezwykłe miejsce. Piękna sala. Magiczna. Z Lucią Calamaro, najlepszą włoską reżyserką, autorką dramatów, z którą współpracowałam, tworzyłyśmy teatr kameralny, oparty na słowie, umowności scenograficznej i sile aktorstwa. Byłyśmy przyzwyczajone do małych miejsc. Gdy przeniosłyśmy, to wszystko do tej legendarnej sali, efekt był niesamowity.

A.Cz.: Teraz w warszawskim teatrze Syrena mierzy się Pani z legendą Niny Simone, czarnoskórej piosenkarki soul, w niezwykłym recitalu, w „muzodramie” – jak to Pani nazwała. Dlaczego wybrała Pani taką bohaterkę?

M.M.: Bo była niesamowicie szczerą i świadomą artystką. Walczyła przez sztukę o sprawiedliwość dla czarnoskórych w Ameryce. I tak, jak ja, szukała swoich korzeni. Była kobieca i męska jednocześnie. Miała niezwykłe poczucie humoru. Jej śmiech podszyty był smutkiem. Płynął z „czarnej” strony jej duszy i dźwięczał w bluesie. To tylko niektóre z powodów, dla których ją wybrałam.

A.Cz.:Czy chce Pani widzów przekonać, że różnorodność, inność, to istotna wartość?

M.M.: Nikogo nie chcę przekonać. Sztuka jest po to, żeby dać ludziom okazję do myślenia, do refleksji. Pozwala rozpoznawać emocje, nazywać je. Daje narzędzia do zgłębiania wartości, które kształtują świat każdego z nas. Różnorodność to bogactwo. Bez dwóch zdań. To ona, podobnie, jak podróż otwiera umysł i zmniejsza lęk przed nieznanym. Dodaje odwagi w życiu i kwestionuje nasze przekonania.

A.Cz.:W Polsce zagrała Pani w kilku serialach telewizyjnych min. in. w „Przepisie na życie”, w serialu „Sama słodycz”. Teraz obok Joanny Brodzik, Magdaleny Popławskiej i Aleksandry Popławskiej, gra Pani w serialu „Nie rób scen”, rolę energicznej trzydziestolatki Proszę przedstawić swoją bohaterkę.

M.M.: Ewa, to matka trójki dzieci i żona Krzyśka, dobrego i kochanego męża. Energiczna, czasami naiwna. Kocha wszystkich i łagodzi często konflikty. Jest pogodna i impulsywna. Czasami, jednak robi coś z wyrachowaniem i wtedy zawsze to „krzywo wychodzi”. Stara się kontrolować życie rodzinne, ale przegrywa z codzienną intensywnością i nieprzewidywalnością życiowych zdarzeń. Komediowość tej roli opiera się właściwie na absurdalności zwyczajnych, codziennych problemów. Lubię to. Lubię absurd, który zdarza się w życiu, gdy z małej rzeczy, robi się wielka sprawa. To mnie zawsze bardzo śmieszy. I widzów, mam nadzieję też.

A.Cz.:Czy poczucie humoru jest potrzebne do grania w komedii? Czy wystarczy tylko opanowanie aktorskiej techniki?

M.M.: Do grania każdej roli jest potrzebne poczucie humoru, dystans do siebie i chęć poszukiwania w sobie najmniej prawdopodobnych cech. Trzeba siebie zaskakiwać. Robić sobie niespodzianki. Grać czyli bawić się. Technika oczywiście w tym pomaga. Pozwala trzymać wszystko w czytelnej strukturze. Pozostaje tylko kwestia czy trafi się w gust widza. A to najtrudniejsze.

A.Cz.:Czy Polska, to tylko przystanek na Pani drodze, czy przystań?

M.M.: Mam zdolność do szybkiego pakowania się. Walizki nie chowam w piwnicy albo w pawlaczu. Mam ją w szafie razem z ubraniami. Ale Polska to już mój dom. Moi ludzie. Kiedy wyjeżdżam, wiem gdzie mam wrócić. Co będzie dalej? Nie wiem. Na razie tu zostaję.

A.Cz.: Dziękuję za rozmowę.


NA SERIAL „NIE RÓB SCEN” ZAPRASZAMY W KAŻDĄ NIEDZIELĘ O GODZINIE 22.30 (CET – BERLIN, PARYŻ) DO ITVN.


MATERIAŁY ITVN

fot. TVN