OPTYMIZM I SZCZEROŚĆ PONAD WSZYSTKO. ROZMOWA Z ULĄ CHINCZ

Jest energiczną i gotową do realizacji wielu zadań dziennikarką. Mówi, co czuje i czerpie radość z reportaży o zwykłych na pozór ludziach, którzy zostali jednak stworzeni do rzeczy wielkich. Z dużym bagażem doświadczeń w marketingu, pokierowana przez los do telewizyjnego studia – dziś Ula Chincz z sukcesem rozwija skrzydła w świecie medialnym. 

.

Jak zaczęła się jej dziennikarska ścieżka? Co sprawia, że tak często się uśmiecha w „Dzień Dobry wakacje” i gdzie sama odpoczywa najlepiej? W szczerej rozmowie dla widzów ITVN odkrywa trochę więcej siebie, swoich wspomnień, a także przyszłych jeszcze planów. Skąd czerpiesz tyle energii? Co daje Ci taką siłę w życiu? Twój optymizm sprawia niesamowite wrażenie.

 

To chyba taki samonakręcający się mechanizm – dopóki się nie zatrzymujesz, dopóki biegniesz, lecisz, to lecisz, a jak już raz przystaniesz, to potem ciężko się podnieść... Od dziecka byłam nadaktywna i rodzice mówili, że nie umiałam wysiedzieć w jednym miejscu, wszędzie mnie było pełno. To rodzaj temperamentu, z którym się rodzimy. Mój syn też to ma, bo za nim nawet ja nie nadążam.

Starasz się odnaleźć jakiś porządek w tym pozytywnym zamieszaniu?

Przy mojej pracy w „Dzień Dobry TVN” nie da się zachować porządku, ponieważ zdarza się, że muszę zmieniać swój harmonogram, więc zaniechałam jakichkolwiek prób dbania o ład (śmiech). Choć raz jest lepiej, raz gorzej. Teraz odpoczywam po sezonie, są wakacje i mam szansę odreagować. Trzeba się po prostu przestawić na podążanie za tym, co przynosi praca i życie. Być otwartym na zmiany i polubić je. Przyzwyczaić się do tego, że wielu sytuacji nie da się przewidzieć.

Jak przyjęłaś propozycję poprowadzenia dwóch wydań „Dzień Dobry wakacje”?

To ogromny przywilej dla każdego, kto występuje w takiej roli. Moje marzenie się spełniło, zwłaszcza, że mogłam poprowadzić program z Marcinem Prokopem i Dorotą Wellman. Oni są wzorową parą – telewizji śniadaniowych, taką niedoścignioną i ulubioną przez widzów, więc nie mogłam lepiej trafić.

 

 

Które momenty w trakcie programów dostarczają Ci pozytywnej energii, a jakie są najbardziej stresujące?

Nie mam tej świadomości, że oko kamery jest okiem tak wielu widzów i nie tylko przecież w Polsce. Zazwyczaj mówię do jednego widza, który ogląda telewizję, może pije kawę, może ma gazetę pod ręką. A najbardziej stresujące dla mnie są momenty rozmów z wielkimi autorytetami, z osobami, które wiele osiągnęły, mają swój zawodowy dorobek, pozycję. Podczas mojego debiutu jako prezenterka „Dzień Dobry wakacje” w studiu gościliśmy Jana Kantego Pawluśkiewicza – człowieka legendę. Z jednej strony podchodzić należało do niego z ogromnym, wręcz nabożnym, szacunkiem, z drugiej – widać, że to jest bardzo sympatyczna osoba, z trzeciej – chce się trochę przełamać ten dystans, a jednocześnie bardzo trzeba się kontrolować. Nakręcają mnie natomiast łączenia na żywo z reporterami w terenie, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy.

Ról i zadań w „Dzień Dobry TVN” masz naprawdę wiele. Jakie widzisz w nich różnice i podobieństwa?

Każda z nich wymaga otwarcia na rozmówcę. Ja jestem tych ludzi po prostu ciekawa. Zdarzają się tematy, których odmawiam, bo ich nie czuję albo sama mam wrażenie, że nie podołam. Są i takie, które mniej mnie wciągają jak na przykład te showbiznesowe.

 

To jak się czujesz w reportażach z przymrużeniem oka?

Bardzo dobrze. Robiliśmy z Filipem Chajzerem materiał o sukienkach z Chin i bawiliśmy się świetnie. Myślę, że to będzie początek jakiejś dłuższej współpracy, bo lubię materiały z przymrużeniem oka. Bardzo dobrze czuję się, gdy mogę poznać kogoś utalentowanego, wartościowego. Camilla Lackberg pisząca rewelacyjne kryminały czy wywiad z Matteo Marzotto – włoskim milionerem i filantropem, który ma najpiękniejszą „szafę” w całych Włoszech, czy Mathieu Bittonem – fotografem gwiazd, który realizuje w tej chwili film dokumentalny o Lennym Kravitzu. Elektryzuje mnie możliwość poznania kogoś, kto niekoniecznie ma znaną twarz, ale wyróżnia go to, co robi. I ja mam ten przywilej, że spędzam z takimi osobami trochę więcej czasu niż tylko podczas nagrania.

Z którymi tematami chciałabyś się jeszcze zmierzyć?

Dwa wywiady, które się jeszcze nie przytrafiły to z Lennym Kravitzem i Michaelem Buble, a największym marzeniem jest rozmowa z Meryl Streep – to jeśli chodzi o gwiazdy. A najbardziej cieszą mnie spotkania z ludźmi, których nazwalibyśmy zwykłymi, ale są niezwykli – i przypomina mi się choćby jeden z pierwszych moich materiałów do „Dzień Dobry TVN” o małżeństwie z Bydgoszczy, mieszkającym z babcią i czworaczkami na 40 metrach kwadratowych.

Nie mogę nie zapytać o języki: włoski, francuski, angielski. Skąd je znasz?

Nie wiem, jakoś te języki wchodzą mi do głowy (śmiech). Włoskiego nauczyłam się jako dorosła osoba, bo zaczęłam dopiero na studiach, francuskiego uczyłam się trochę w liceum. Przygotowując się do rozmów, szlifuję też języki. Oglądam włoską i francuską telewizję, aby być na bieżąco. A największą motywacją jest już samo przebywanie we Włoszech. Jestem przeszczęśliwa, przekraczając granicę, że mogę porozmawiać po włosku na pierwszej stacji benzynowej. Z kolei angielski szlifowałam, gdy pracowałam w reklamie z Amerykanami. Do dziś pamiętam, jak myliły mi się słowa recipe z receipt, gdy jako asystentka szefa kreacji przychodziłam po „rachunki”, a prosiłam o „przepisy” do rozliczenia (śmiech).

Wychowywałaś się na korytarzach Programu I Polskiego Radia, twój tata – Andrzej Turski – stał się ikoną polskiego dziennikarstwa. Czy zawsze wiedziałaś, że będziesz dziennikarką?

Nigdy w życiu. To przypadek przypadków. Moim życiem zawodowym rządzą szczęśliwe zbiegi okoliczności. Skończyłam dziennikarstwo tylko i wyłącznie dlatego, że nie dostałam się na stosunki międzynarodowe. To ten kierunek był moim wymarzonym. Rok przed egzaminami chodziłam na kurs przygotowawczy. Bardzo mi zależało, żeby się dostać. Mojemu ówczesnemu chłopakowi się udało, więc była czarna rozpacz, gdy mój plan spalił na panewce. Widziałam siebie w dyplomacji, więc zachowawczo poszłam też na egzaminy na dziennikarstwo, to był nawet ten sam instytut, no i się dostałam. Na stosunkach międzynarodowych oblałam angielski, który zdałam z najwyższą notą na dziennikarstwie. Pracowałam już wtedy w reklamie i te studia dawały mi możliwość łączenia nauki z pracą. Potem na czwartym roku wybrałam specjalizację PR i marketing. Swoją przyszłość wiązałam z reklamą.

Nie realizowałaś żadnych materiałów typowo dziennikarskich?

W „The Warsaw Voice” robiłam wywiad z ojcem Rydzykiem. Przyjechałam na rozmowę nieumówiona, ponieważ nie zgodził się na spotkanie, ale i tak wybrałam się do Torunia. Zapukałam do drzwi i chyba zrobiłam na tyle niewinne wrażenie, że się zgodził i całość zaowocowała dużym tekstem na rozkładówkę. Także miałam takie epizody, ale nieszczególnie się w tym odnajdywałam, a poza tym miałam nazwisko jakie miałam i wiedziałam, że zawsze będę postrzegana jako córeczka tatusia.

Czy tata, jedyny i niepowtarzalny dziennikarz Andrzej Turski, kiedykolwiek sugerował Ci, abyś poszła w jego ślady?

Absolutnie, nigdy. Ojciec był bardzo niezadowolony, kiedy zaczęłam pracę w telewizji.

Co więc sprawiło, że podjęłaś taką decyzję?

Trochę też przypadek. Pierwszy raz z telewizją zetknęłam się, gdy znalazłam się jako gość w „Pytaniu na śniadanie”. Prowadziłam sklep z akcesoriami dla mam, opowiadałam o tematach dziecięcych. I spodobałam się w tej roli – osoby dużo gadającej (śmiech). Potem powstał pomysł, aby stworzyć cykl o zajmowaniu się domem i tak wystąpiłam w „Uli Pedantuli”. Wszystko na tyle zainteresowało wydawców, że gdy organizowano casting na nową prowadzącą „Pytanie na śniadanie”, to zaproponowano mi w nim udział. Potem już szybko złapaliśmy chemię z Tomkiem Kammelem, bo dla niego wtedy szukano partnerki.

W jaki sposób przygotowujesz się do swoich reportaży?

Mam taką zasadę, żeby się przesadnie przygotować, a potem improwizować. Po angielsku pięknie ta metoda nazywa się – over prepare, then go with the flow, więc czytam, dowiaduję się, ile mogę, sprawdzam źródła, dzwonię do wszystkich osób, które przyjdą mi do głowy. Nie zapisuję, tylko czytam, czytam, czytam i to, co zostaje w mojej głowie, uznaję za najbardziej wartościowe. Może kilka kwestii gdzieś umknie, ale nie umiem rozmawiać z kartką w ręku. Każde pytanie rodzi się w trakcie rozmowy. Zazwyczaj tylko pierwsze mam gotowe, aby rozmowa ruszyła. Staram się o jakiś jej zarys, ale bardzo często cały dialog toczy się w innym kierunku niż zaplanowany, bo mój rozmówca mówi mi coś innego, równie albo bardziej cennego.

Tata udzielał Ci rad? Które ze wskazówek wykorzystujesz obecnie w pracy?

Warsztatowych, paradoksalnie, nie udzielał mi zbyt wielu. Życiowych prędzej. Zawodowo nasza praca bardzo się różniła – telewizja informacyjna i publicystyka międzynarodowa a telewizja śniadaniowa to dwa zupełnie inne światy. A w domu tata też nie był mentorem i ex cathedra nie wygłaszał mi mądrości. Raczej wyglądało to tak, że sama się w niego wsłuchiwałam. Był przykładem przyzwoitości, uczciwości życiowej wobec samego siebie, ogromnej odwagi, bo nigdy nie zależało mu na tym, co myślą inni – żył w przekonaniu, że powinien robić tak, jak on uważa. Miał takie niezachwiane poczucie wiary we własne umiejętności…. a ja na nie z przyjemnością patrzyłam.

Jak udaje Ci się godzić dość intensywną pracę zawodową z życiem osobistym?

Kompletnie mi się nie udaje. Moje życie było bardzo poukładane, a rok temu wywróciło się do góry nogami. Gdy dostaję ciekawy temat do zrealizowania na wczoraj, po prostu żal mi odmawiać.

I odrzucasz takie propozycje?

Jeśli obiecałam swojemu dziecku, że będę na przedstawieniu w szkole, to choćbym dostała szansę przeprowadzenia wywiadu z Lennym Kravitzem, pójdę na występ syna. Nie ukrywam, że życie osobiste trochę cierpi przy tak intensywnej pracy, ale mam świętego męża. Wspiera mnie bardzo intensywnie i rozumie, że często jestem poza domem. W pełni sobie panowie radzą podczas moich nieobecności, wyjazdów. Myślę, że to mi daje taki spokój, komfort pracy.

Bywają chwile, że masz dość?

Nie ukrywam, że tak, bo taka praca jest wyczerpująca fizycznie. Jeśli w takich momentach dzwonią do mnie wydawcy z kolejnym tematem, to proszę o chwilę na oddech. Staram się mieć tydzień wolnego raz na 3 miesiące. Zabieram rodzinę, wyjeżdżam, odcinam się, bo gdzieś muszę naładować baterie. Wtedy też odsypiam, choć nauczyłam się spać wszędzie: w pociągu, w samolocie, mimo że się boję latać. W samochodzie potrafię się skompresować na tylnym siedzeniu i zasnąć w minutę (śmiech).

W jaki sposób odpoczywasz tak na co dzień?

Tak opozycyjnie do tej energii zawodowej lubię poleniuchować, poleżeć długo w łóżku z gazetą i kawką. Na pewno czas spędzony z moim synem jest dużym odpoczynkiem, bo wyłącza się to, na czym muszę skupiać się zawodowo: kontrola i przygotowanie, wystarczy tylko podążać za nim – więc jeździmy na rowerze, on na rolkach, ja na wrotkach, spędzamy czas w ogrodzie i lubię naprawdę porządkować dom.

 

A jak w takim razie spędzasz wakacje?

Wakacje zawsze mamy najpierw te zimowo-narciarskie. Z mężem jeździmy na snowboardzie, syn na nartach, więc zawsze wyjeżdżamy do moich ukochanych Włoch: słońce, spaghetti i deska. Właściwie od kiedy pojawił się Rysio, to on rządzi wakacjami. Więc w tym roku będzie Legoland (śmiech), ale generalnie jeździmy nad polskie morze, bo to jest dla niego świetna zabawa i na Mazury na ryby. W Ryśku też chcę zaszczepić językowego bakcyla, więc wybieramy się na 5 dni do Paryża. Polecimy sobie we dwoje śladem francuskiej bohaterki jednej z jego ulubionych książek – Madeline.

Nigdy nie zaryzykujesz i nie wybierasz się do niesprawdzonego jeszcze miejsca?

Tę potrzebę zaspokajam w pracy. Podczas rodzinnych wakacji lubię mieć komfort znajomości terenu, więc we Włoszech na nartach jeździmy zawsze w tych samych miejscach, latem spędzamy czas głównie w Sopocie z uwagi na mój sentyment, bo tutaj mieszkałam. W tym roku z kolei mamy plan pojechać do Słowenii pod namiot i będziemy nocować na campingach. Poza tym, zanim urodziłam syna, zdeptałam z plecakiem całą Azję, duży kawałek Ameryki Południowej. To były backpackerskie wyjazdy z kilkunastokilogramowym bagażem na plecach i przywykłam do tego, że prysznic może być rurą wystająca ze ściany i też jest ok.

 

Jakie miejsca w Polsce poleciłabyś widzom ITVN na wakacyjny odpoczynek?

Warmię i Mazury – piękna przyroda, czysto, można popływać na łódce, na żaglówce, można łowić ryby, jeździć na rowerze albo nie robić nic. Na pewno polecam też polskie wybrzeże, którego niestety sama nie znam dobrze, oczywiście Sopot – wymarzony w czerwcu lub we wrześniu i Zakopane, w ogóle Podhale – unikalne w Europie. Chyba nie jestem oryginalna w tych wyborach (śmiech), ale to są nasze ikony!

 

Zatem życzę Ci udanego i zasłużonego odpoczynku! Dziękuję za rozmowę.

NA PROGRAM „DZIEŃ DOBRY WAKACJE” ZAPRASZAMY W KAŻDĄ SOBOTĘ I NIEDZIELĘ O GODZ. 8.30 (CET – BERLIN, PARYŻ).

Urszula Chincz – dziennikarka telewizyjna. Pracę zawodową zaczynała, prowadząc cykl Telewizji Polskiej „Ula Pedantula”, następnie od sierpnia 2012 roku współprowadziła „Pytanie na śniadanie” w TVP2. Od września 2014 roku przygotowuje specjalne relacje reporterskie dla codziennych i weekendowych wydań „Dzień Dobry TVN”. Na początku 2015 roku znalazła się w gronie opiekunów nowej produkcji TVN „Mali Giganci”, a w tegoroczne wakacje  poprowadziła dwie wakacyjne odsłony „Dzień Dobry wakacje” w duecie z Marcinem Prokopem oraz Dorotą Wellman.

Rozmawiała Katarzyna Suchenia (ITVN)

fot. TVN